Co myślicie o opowiadaniu?

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział VIII

Z punktu widzenia Megan.

Obudził mnie jakieś trzask, niechętnie otworzyłam oczy i rozprostowałam ręce i nogi. Wypuściłam całe powietrze z płuc i spojrzałam na siedzącego koło Elijah'e. Był wyraźnie rozbawiony.
- Co Cię tak śmieszy? - zapytałam zdezorientowana i szybko poprawiłam włosy.
- Nic... Po prostu zabawnie przed chwilą wyglądałaś. - swoją wypowiedź skwitował szerokim uśmiechem.
Uśmiechnęłam się krótko i spojrzałam przez małe okienko w samolocie. Już niedługo mieliśmy wylądować na lotnisku w Anglii. Wiele myśli przelatywało przez moją głowę. Co zastane na miejscu mojego dawnego domu? Czy dam radę skonfrontować się ze wspomnieniami z przeszłości? Wzięłam głęboki wdech i razem z Elijah'ą wyszliśmy z samolotu. Wiatr przeczesał mi włosy, a słońce paraliżowało wzrok. Wzięliśmy swoje bagaże i zatrzymaliśmy pierwszą lepszą taksówkę. Założyłam nogę na nogę i wyjrzałam przez okno. Słońce leniwie wyglądało przez korony drzew, a ludzie wesoło przechadzali się po mieście. Od razu przypomniał mi się jeden dzień spędzony razem z Joy, Ben'em i Isaac'iem.

Trójka przyjaciół wesoło spędzała czas w jednym z pobliskich parków. Przystojny brunet przytulał do siebie wysoką brunetkę, ich ręce były splecione, a oni uśmiechali się szeroko. Średniego wzrostu, długowłosy blondyn leżał na bruku, a na jego twarzy widniał grymas zadowolenia. Nagle podbiegła do nich szczupła brunetka, trzymając w ręce skrawek pergaminu, na jej twarzy widniały rumieńce. Wszyscy zwrócili się w jej stronę. Dziewczyna usiadła naprzeciw przyjaciół i położyła przed nimi list. 
- Nina napisała. - pisnęła podekscytowana i przeczesała włosy ręką. 
Chłopak przytulający do siebie pannę Pierce nagle się ożywił i podniósł skrawek pergaminu. Uśmiech od razu zawitał na jego twarzy. Reszta przyjaciół patrzyła na niego pytająco.
- Jest w Francji. Pisze, że świetnie się bawi i tęskni za nami. Smutno jej, że nie jesteśmy z nią. - swoją wypowiedź podsumował krótkim uśmiechem.
- Wszyscy za nią tęsknimy. - westchnęła wampirzyca i przytuliła się do bruneta.


- Wszystko w porządku? - zapytał Elijah i spojrzał na mnie współczująco.
- Jak najlepszym. - odparłam po chwili i uśmiechnęłam się do niego.

***

- Jesteś pewna, że to gdzieś tutaj?
Potknęłam i dalej szłam przez ciemny las. Brunet rozejrzał się dookoła siebie i wziął głęboki wdech. Tak naprawdę nie byłam w 100% pewna gdzie iść, miałam przeczucie, że idę w dobrą stronę. Od tylu lat starałam się zapomnieć, że nie jestem pewna czy droga nie jest wyimaginowana przeze mnie. Bałam się tego co może się stać gdy znów ujrzę ten dom. Pamiętałam tylko śmierć Niny. Szybko otarłam jedną, nieposłuszną łzę spływającą po moim policzku. Stanęłam na chwilę,  wzięłam głęboki wdech i wyszłam z lasu. Ku moim oczom ukazał się duży dom, a raczej jego resztki. Okna były zabite deskami, piętro było doszczętnie zniszczone, a zamiast drzwi widniała tylko wielka dziura. Zamiast pięknego zadbanego ogrodu, dom okrążały wysokie drzewa i krzaki. Stara furka skrzypiała za każdym mocniejszym podmuchem wiatru. Zamknęłam na chwilę oczy i wypuściłam całe powietrze z płuc. Poczułam jak ktoś kładzie rękę na moim ramieniu. Otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się smutno.
- Nic mi nie będzie. - szepnęłam i pewnym krokiem weszłam do środka.
Powoli przeszłam przez dziurę, która kiedyś była uznawana za drzwi. Rozejrzałam się dookoła siebie. Wszystko było doszczętnie spalane. Po majestatycznych schodach zajmujących połowę pomieszczenia nie było ani śladu. Liliowa tapeta ozdabiająca cały parter zmieniła się w proch. Wszystkie kanapy, stoliki, wszelkie ozdoby zniknęły. Nie było tu nic, co mogło by chociaż zarysować piękno tego miejsca. Zaczęłam szybciej oddychać, niezliczenie wiele myśli przepływało przez moją głowę. W ostateczności wszystkie wspomnienia wróciły. Wszystkie uśmiechy, smutki, złości i radość. Nagle przed moimi oczami oczami pojawiła się pewna postać. Wzięłam głęboki wdech, a zaraz potem zasłoniłam twarz tłumiąc krzyk. Wprost przede mną stała wysoka brunetka. Wyglądała przerażająco. Jej włosy były posklejane krwią, twarz była wycieńczona i cała we krwi. Lewa część ciała dziewczyny była spalona. Brunetka przekręciła jakby od niechcenia głową i spojrzała na mnie mściwym wzrokiem. Powoli zaczęłam się cofać, aż walnęłam o ścianę.
- Zabiłaś mnie. - syknęła i wybuchnęła histerycznym śmiechem.
Pokręciłam głową i zaczęłam niemiarowo oddychać.
- Jak mogłaś?! Byłyśmy przyjaciółkami, a ty pozwoliłaś mi SPŁONĄĆ!  - wrzasnęła i przygwoździła mnie do ściany.
- Nie.. - szepnęłam, a łzy zaczęły spływać po moich policzkach.
Dziewczyna ścisnęła mnie mocniej i podniosła.
- Teraz mi za to zapłacisz! - syknęła przez zęby.
Próbowałam się uwolnić, ale czy był w tym sens? Może Nina miała racje i powinnam zginąć, zapłacić za całe zło jakie wyrządziłam. Może to właśnie to na co zasługuję... na śmierć. Zamknęłam posłusznie oczy i czekałam na koniec. - Megan. Imię rozbrzmiało w mojej głowie. Otworzyłam lekko zmęczone oczy, poznałam tego, który do mnie mówił. Elijah...
- Megan! To nie jest prawdziwe. Niny tu nie ma! To się dzieję tylko w twojej głowie. Możesz się od tego uwolnić. Nie poddawaj się! - krzyczał patrząc wprost w moje oczy.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam prosto w jej oczy. Nie było w nich już takiego płomyka nadziei, były puste i zimne. Złapałam jej rękę, którą trzymała mnie za gardło i wzięłam głęboki wdech. Ciebie tu nie ma. Dziewczyna uśmiechnęła się mściwie i zachichotała.
- Słabiutka jesteś. - szepnęła i ścisnęła mnie jeszcze mocniej.
Powoli traciłam możliwość oddychania. Kręciła mi się w głowie, wszystko widziałam jakby przez mgłę. Megan, nie poddawaj się! Słowa rozbrzmiewały w mojej głowie. Spróbowałam uspokoić oddech. Kiedy mi się udało, otworzyłam oczy i z impetem odepchnęłam ją od siebie. Brunetka walnęła ciałem o posadzkę jakieś 2 metry ode mnie. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do niej, dziewczyna patrzyła na mnie zdezorientowana.
- Nie jesteś prawdziwa  i tym bardziej nie jesteś Niną! - wrzasnęłam. - Nie jestem słaba i z łatwością mogę się ciebie pozbyć.
Dziewczyna patrzyła na mnie przerażona, a zaraz potem przeraźliwie krzyknęła i zniknęła. Odetchnęłam z ulgą i odwróciłam się na pięcie w stronę Elijah'y. Nagle zakręciło mi się w głowie i straciłam grunt pod nogami. Ktoś uchronił mnie przed upadkiem i wziął na ręce.
- Już dobrze, mam Cię. - szeptał Elijah przytulając mnie do siebie.
Pokiwałam lekko głową, a zaraz potem w wampirzym tempie opuściliśmy to miejsce.

Z punktu widzenia Joy.

Po kilku godzinnej jeździe autem, wreszcie mogła położyć się na mięciutkim łóżku w pokoju hotelowym. Pomieszczenia nie była za duże, ale za to przytulne. Na środku znajdowała się skórzana kanapa, a za nią duża drewniana szafa. Naprzeciw drzwi do mojego pokoju znajdowała się kuchnia. Całość była utrzymywana w jasnych kolorach, oczywiście pokój był pełen okien. Razem z Kolem postanowiliśmy, że on będzie spał na kanapie. Był to jeden z niewielu dialogów jakie przeprowadziliśmy. Byłam bardzo niepewna naszej współpracy. Nie znamy się dobrze, to tego przy naszych spotkaniach bliżej mu było do zabić mnie niż do pogadania. Przecież Cię nie zabił. Szeptał pewien głos w mojej głowie. No własnie, nie zabił. Może porozmawiać z nim? Po tym jak mnie uratował patrzyłam na niego inaczej, ciut inaczej. Muszę się przekonać, ze mogę mu zaufać. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z mojego pokoju, brunet siedział na kanapie czytając jakąś książkę. Chwilę przypatrywałam się jak czyta, jednak po chwili usiadłam koło niego i założyłam nogę na nogę. Chłopak niechętnie odłożył książkę i spojrzał na mnie.
- Więc... Co zamierzamy robić?
- Nie wiem co Ty chcesz robić, ale ja muszę się napić. - oznajmił, wstał i wyszedł, bez słów wyjaśnienia.
- Świetnie. - mruknęłam i podeszłam do plecaka leżącego na blacie.
Wyjęłam z niego pierwszą lepszą rzecz, okazało się, że to mapa Rio. Rozłożyłam go przed sobą i przyjrzałam się dokładnie, najbliższe górzyste tereny znajdowały się kilkadziesiąt kilometrów stąd. Następnie włączyłam laptopa, którego również znalazłam w torbie Kola. Postanowiłam poszukać coś o tutejszych niewyjaśnionych śmierciach. Po 30 minutach poszukiwań, udało mi się znaleźć coś ciekawego. Podobno po tutejszym lesie grasują niebezpieczne zwierzęta, dlatego wstęp tam jest wzbroniony. Zginęła tam pewna duża rodzina. Las jest uznawany za przeklęty.
- Serio? Na nic lepszego nie było ich stać? -westchnęłam, zamknęłam laptopa i wyszłam.
Musiałam jak najszybciej znaleźć Kola i zacząć szukać. Nocą miasto tętniło życiem, wiele młodych ludzi śmiało się i wesoło spędzało czas. Szum morza uspokajał mnie, a lekki podmuch wprawiał w ruch kosmyki moich włosów. Uwielbiałam to uczucie, uczucie wolności... Jak postanowiłam skierowałam się w stronę pobliskiego baru. Musiałam go znaleźć. Trudno było przedostać się przez tłum przechodniów, ale po kilku minutach udało mi się dostać do baru.
- Kol! - krzyknęłam.
Mój głos był ledwo słyszalny pośród tłumu gadających i tańczących nastolatków. Westchnęłam i zobaczywszy bar wpadłam na pewien pomysł. Skupiłam się i po chwili zmaterializowałam się w miejscu, o którym pomyślałam. Szczęśliwa rozejrzałam się dookoła siebie. Poszukiwania nie zajęły mi dużo czasu. Od razu go zauważyłam, wysoki brunet siedział na stołku barowym pijąc alkohol. Westchnęłam z ulgą i podeszłam do niego. Chłopak odwrócił się w moją stronę i uniósł kieliszek ku górze.
- Dołączysz do mnie na drinka, kochanie - zapytał i wypił zawartość szklanki.
Westchnęłam, przewróciłam oczami i podeszłam do niego.
- Nie. - Kol prychnął i zwrócił się do barmana po kolejną butelkę trunku. - Musimy iść!
- Ja nic nie muszę. - zakomunikował i zaczął pić whisky. Spojrzałam na niego błagalnie. - Zostaję, założyłem się.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Założyłem się z barmanem, że wypiję wszystko co tu mają. - powiedział dumny i wskazał na półki, na których szerzył się alkohol.
Po chwili barman podszedł do Pierwotnego i wręczył mu kolejną butelkę. Spojrzałam na zegarek, musieliśmy się stąd zmywać.
- Kol, naprawdę musimy iść! - pisnęłam.
- Przekonaj mnie. - szepnął z łobuzerskim uśmieszkiem.
- Kol, proszę. - powiedziałam cicho, patrząc mu prosto w oczy.
Chłopak westchnął pogardliwie i odłożył butelkę na bar.
- Nie umiesz się bawić. - syknął i wstał.
Chłopak od razu złapał się za stół. Był tak pijany, że chodzenie przychodziło mu z wielkim trudem. Westchnęłam z politowaniem i spojrzałam na niego. Na twarzy bruneta błąkał się uśmiech, chwiejnym krokiem podszedł do mnie i objął mnie jedną ręką za szyję. Złapałam tę rękę, którą mnie obejmował, a drugą objęłam go w pasie. Z trudem udało nam się wyjść z baru.
- Rio de Janeiro! Jak tu pięknie, nie uważasz? - zawołał i uniósł ręce ku nieba.
Oczywiście od razu się o coś potknął i upadł. Uniosłam oczy do niebo i uklękłam koło niego. Chłopak pomimo wszelkich starań nie mógł wstać. Westchnęłam i ujęłam rękoma twarz bruneta, który automatycznie spojrzał mi w oczy.
- Musimy iść. Za chwilkę będziemy w hotelu. Kol, proszę. - prosiłam wpatrując się w oczy bruneta.
Chłopak po chwili uśmiechnął się i z moją pomocą wstał.
- Jesteś niesamowita, wiesz? - zawołał i chwiejnym krokiem szedł koło mnie.
- Naprawdę? - zapytałam, patrząc w ciemność przed nami.
- Yhm. Jesteś niesamowita! Niepowtarzalna, jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Wiesz co? Kocham Cię - chłopak skończył swój monolog, a ja zamarłam.
Czy on właśnie powiedział, że mnie kocha? Nie wiedziałam co powiedzieć. Jakaś część mnie mówiła: On na pewno mówi to każdej, tylko po to żeby zaciągnąć ją do łóżka, a potem zostawić. Jednak druga część szeptała: Przecież go lubisz, prawda? Skoro on zaczął to może... Wzięłam głęboki wdech uspakajając bicie mojego serca. Podjęłam decyzję.
- Kol, ja... - zaczęłam i spojrzałam na niego.
Chłopak nucił coś i śmiał się, co chwila obijając się przy tym o ściany budynków. Wypuściłam całe powietrze z płuc, przecież on był pijany jak bela!
- Jesteś pijany. - oznajmiłam podchodząc do chłopaka.
- To nic nie znaczy. Powiem Ci to samo jutro, tylko zapytaj. - odpowiedział i podtrzymując się ściany szedł dalej.
Westchnęłam, wzięłam go za rękę i w wampirzym tempie znaleźliśmy się w naszym pokoju hotelowym. Kol poczłapał w stronę kanapy i zaczął 'walczyć' z kocem. Zaśmiałam się krótko i usiadłam na fotelu.
- Nie chcę tej koszulki, jest brudna! - powiedział ja urażony 10-latek, który dostał coś co mu się nie spodobało.
Przewróciłam oczami, a Kol zdjął koszulkę i rzucił ją na podłogę. Na chwilę zapomniałam jak się oddycha. Idealnie wyrzeźbiony tors i te mięśnie... cudo. Przełknęłam ślinę i podeszłam do szafy w poszukiwaniu innej bluzki. Stanęłam na palcach i zaczęłam 'obmacywać' najwyższą półkę. Cholera, torba była dalej! Przyniosłam sobie jakiś stołek i z jego pomocą udało mi się dosięgnąć torby. Wyjęłam z niej pierwszą lepszą bluzkę. Nagle poczułam czyjeś ręce na biodrach. Odruchowo odskoczyłam w bok ześlizgując się przy tym ze stołka. Przed upadkiem uratował mnie Kol. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie trwało to długo, bo odeszłam od niego i rzuciłam mu t-shirt prosto w twarz. Brunet pośpiesznie założył bluzkę i rzucił się na kanapę. Już chciałam przejść do swojego pokoju, ale usłyszałam jego.
- A buzi na dobranoc? - zapytał z pretensją.
Uniosłam oczy do nieba i podeszłam do niego. Na twarzy chłopaka zawitał uśmiech. Pochyliłam się nad nim, aby pocałować go w policzek. Kol w ostatnim momencie obrócił twarz tak, że mój pocałunek nie spoczął na jego policzku tylko ustach. Trwało to chwilę... chwilę za długo, bo chłopak zdążył odwzajemnić pocałunek. Odskoczyłam od niego jak oparzona i nie za bardzo świadoma tego co się przed chwilą stało, skierowałam się do swojego pokoju.

Z punktu widzenia Caroline.

Po kilku godzinnym locie do Liverpoolu, nareszcie dotarliśmy na miejsce. Czekałam w korytarzu naszego hotelu, aż Klaus załatwi pokój. W czasie podróży nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Byłam przygnębiona sytuacją z Tylerem. Jak tylko wrócę muszę z nim porozmawiać, przecież się kochamy. Czy aby na pewno? - szepnął jakiś głosik w mojej głowie. Czyżby nic się nie zmieniło od jego powrotu? 
-Tylera nie było, ponieważ chciał zerwać tą głupią więź z Klausem, żeby być ze mną. Wszystko się ułoży. - powtarzałam w myślach
Teraz moim zmartwieniem powinno być, jak przeżyję weekend z Pierwotnym.
- Kochana? - blondyn obrócił się w moją stronę z kluczykiem w ręku.
Westchnęłam zrezygnowanie i podążyłam za Klausem. Hotel był naprawdę ogromny, przez tą ilość zakrętów, korytarzy i pięter bardzo łatwo było się zgubić. Pracownicy hotelu nieśli za nami nasze walizki. Ściany na korytarzu był w odcieniu grafitowym, podłoga była całkowicie pokryta jasnym drewnem. Okna spotykaliśmy co kilka kroków. Budynek był bardzo nowoczesny. Nagle o kogoś uderzyłam. Wylądowałabym na podłodze, gdyby Klaus nie złapał mnie za ramię.
- To nasz pokój. - powiedział i uśmiechnął się.
 Szybko się od niego odsunęłam, przekręciłam klucz w zamku i weszłam do środka. Pokój był utrzymywany raczej w jasnych kolorach.  W centrum pomieszczenia znajdował się telewizor plazmowy, kanapa i fotel. W pokoju było dużo różnych dodatków, jak kwiaty, obrazy i różne akcesoria. Nie było tu kuchni, ale po mojej lewej znajdowały się jeszcze dwa pokoje. Weszłam do pierwszego pokoju, okazał się on łazienką. Ściany i podłogi pomieszczenia były w kolorze białym. Przede mną stała wielka wanna, obok toaleta, a obok mnie umywalka, nad którą wisiało ogromne lustro. W łazience można było też zauważyć kawałki metalu, co nadawało nowoczesności temu miejscu. Szybko podeszłam do lustra i się w nim przejrzałam. Moje blond loki opadały kaskadą na ramiona, na twarzy widniał lekki makijaż podkreślający moją urodę. Dziwne, że nic się nie zepsuło po tylu godzinach w samolocie... Co się dziwić, jestem przecież Caroline Forbes. Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam z łazienki. Klausa w salonie nie było, ale zauważyłam, że drzwi od sypialni są otwarte. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka. Jak tylko przekroczyłam próg stanęłam jakby wryta w podłogę. Ten pokój był przepiękny. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nawet nie zwróciłam uwagi na wielkie łóżko zajmujące połowę pomieszczenia, ani na wielkie obrazy i szafki. Największe wrażenie zrobił na mnie widok z balkonu przede mną. Podeszłam trochę bliżej i położyłam obydwie ręce na barierce. Morze lekko uderzało o nadbrzeżne skały, a księżyc odbijał swoje oblicze w tafli morskiej. Oświetlane drapacze chmur i niższe budynki wywierały niesamowite odczucia. Drzewa lekko kołysały się w rytm narzucony przez wiatr. Przez cały czas uśmiech ozdabiał moją twarz. Nie mogłam uwierzyć, że tu jestem. Nagle koło mnie stanął Pierwotny. Otrząsnęłam się, poprawiłam włosy i niechętnie spojrzałam na niego. Na twarzy mężczyzny widniał uśmiech.
- Podoba Ci się tu? - zapytał i wskazał na krajobraz.
Już chciałam odpowiedzieć, że bardzo mi się podoba, ale się powstrzymałam.
- Może być. - odpowiedziałam beznamiętnie.
Spojrzał na mnie nadal się uśmiechając.
- Wiem, że Ci się tu podoba. Widziałem twoją twarz.
Spojrzałam na niego z politowaniem i uniosłam oczy do nieba.
-Pójdę się przejść - oznajmiłam i obróciłam się na pięcie.
Klaus znalazł się przede mną i spojrzał na mnie pytająco.
- Mój limit czasowy przebywania z tobą w jednym pomieszczeniu właśnie się skończył .
Na twarzy blondyna zawitał szeroki uśmiech, a zaraz potem zaczął się śmiać. Wywróciłam oczami i skierowałam się w stronę drzwi.
- Uważaj na siebie. Wolę nie stracić partnera już w pierwszy wieczór. - krzyknął za mną wciąż się śmiejąc
- Nie masz się o co martwić. - odkrzyknęłam i trzasnęłam drzwiami na pożegnanie.
Wzięłam głęboki wdech i pełna pozytywnych myśli, w wampirzym tempie wyszłam z budynku. Miasto w nocy wyglądało tak pięknie. Mogłabym nigdy nie wracać do Mystic Falls...
- O czym ty myślisz Caroline, masz tam przyjaciół i rodzinę! - skarciłam się w myślach.
 Ale tu masz Klausa... - pisnął głosik w mojej głowię. No i co?! Za kilka dni wrócę do Mystic Falls i wszystko będzie tak samo. Pogodzę się z Tylerem, a Klaus będzie dalej tworzył te swoje hybrydy. Żeby sobie udowodnić, że nic do Klausa nie czuję, wyjęłam telefon i wykręciłam numer Tylera. Może uda mi się z nim umówić i pogodzić jak wrócę. Pod osłoną nocy szłam przed siebie, obcasy stukały o chodnik, a włosy lekko powiewały na wietrze. Tyler nie odbierał, rozłączyłam się i włożyłam telefon do kieszeni.
-Może jest zajęty - pomyślałam.
Powinnam już wracać, bo nie znałam za dobrze tego miasta. Nie za bardzo pewna gdzie iść, więc skręciłam w prawo. Znalazłam się w wąskiej, mało oświetlonej uliczce. Byłam w niej tylko ja i jakaś całująca się para. Byłam już w połowie drogi, więc znalazłam się przy nich. Chciałam jak najszybciej znaleźć na oświetlonej ulicy Liverpoolu, niestety do tego było mi jeszcze daleko. Zupełnie przypadkiem spojrzałam na tę dwójkę. Zamarłam. Chłopakiem, który tak namiętnie obściskiwał się z swoją partnerką był Tyler. W jednej chwili moje serce rozpadło się na miliony kawałeczków, a łzy spływały po policzkach. Jak on mógł! Widzę, że szybko znalazł sobie pocieszanie. Złość i chęć zemsty przepełniała całe moje ciało. Zacisnęłam ręce w pięści i wysunęłam kły. Był gotowa rzucić się na niego i oderwać łeb. Nagle stało się coś co mnie powstrzymało. Brunet spojrzał na mnie
- I co teraz? Polecisz do Klausa,? Jesteś żałosna i nie warta niczego. Naprawdę myślałaś, że Cię kocham? Jesteś dla mnie niczym. - Ostatnie zdanie powiedział bardzo wyraźnie i dobitnie, zaraz potem uśmiechnął się łobuzersko i wrócił do całowania dziewczyny. To mnie złamało, nie powstrzymywałam łez. Nie widziałam co zrobić, przez łzy obraz był trochę zamazany. W wampirzym tempie wybiegłam z alejki i rozejrzałam się dookoła siebie. Na szczęście znajdowałam się przed hotelem. Nie zważając na ludzi patrzących na mnie, w wampirzym tempie znalazłam się w naszym pokoju. Usiadłam na kanapie i schowałam twarz w dłoniach. Nie mogłam uwierzyć. Dlaczego on mi to zrobił? Dlaczego?! Co ja mu zrobiłam... Moje ciało co chwila podrygiwało, a łzy spływały po różanych policzkach.
- Caroline, co się stało? - zapytał ktoś cicho.
Poznałam, że to Klaus. Nie chciałam, żeby widział jak płaczę, więc szybko wstałam i skierowałam się w stronę sypialni. Niestety drogę zagrodził mi hybryda. Blondyn podniósł mój podbródek, zmuszając tym, bym spojrzała mu w oczy.
- Caroline... - zaczął
- Nic mi nie jest. - Chciałam, żeby dał mi spokój, ale kto uwierzy dziewczynie, że nic jej nie jest gdy płacze.
- Właśnie widzę. - powiedział spokojnie i otarł mi kciukiem łzy. - Powiedz mi.
- Dobra. - zaczęłam i stanęłam naprzeciw niego. - Poszłam na spacer i nie więdząc gdzie iść weszłam do jakieś uliczki. Zobaczyłam tam Tylera...- łzy zaczęły znowu spływać mi po policzkach. - On całował się z inna dziewczyną. Kiedy mnie zobaczył, to powiedział, że jest nic nie warta, żałosna i jestem dla niego niczym. Potem wrócił do całowania tej dziewczyny. - skończyłam swój monolog, a Klaus patrzył na mnie z współczuciem.
- Czemu to tak boli? - zapytałam. - Czuję się taka pusta, samotna i bezsilna. Nie chcę się tak czuć. Wszystko mi się wali...
Potem rozpłakałam się na dobre, chcąc tego lub nie, podeszłam do Klausa i się w niego wtuliłam. Pierwotny nie protestował, co ciekawe, również mnie przytulił i zaczął głaskać po włosach.
- Nie płacz, kochana. On na to nie zasługuję. - szeptał mi do ucha. - Wszystko będzie dobrze, Tyler już nigdy więcej nie spowoduje, że będziesz płakać.


Potaknęłam, uśmiechnęłam się słabo i poszłam do pokoju spać. Nie miałam na nic siły. Jedyne czego chciałam to spać i nazajutrz nic nie pamiętać. Kochałam go, a on złamał mi serce i to w taki okropny sposób. W tym momencie postanowiłam. On złamał mi serce, więc ja złamie jego. Zabiję go. - pomyślałam i wyłączyłam człowieczeństwo.

Z punktu widzenia Katherine.

Kiedy nareszcie udało nam się dostać do hotelowego pokoju w słonecznej Florydzie, opadłam na łóżko. Podróż z Damonem nie należała do najfajniejszych, ale chociaż się nie nudziłam. Nie miałam pojęcia gdzie jest, więc spojrzałam na zegarek. 16:30.
- Nareszcie coś do jedzenia. - westchnęłam i dźwignęłam się z łóżka.
3..2..1.. Ktoś zapukał do drzwi. Uśmiechnęłam się szeroko i otworzyłam drzwi. Przede mną stała drobna blondynka w hotelowym uniformie. Zmierzyłam ją wzrokiem i wysunęłam kły.
- Mogę w czymś pomóc. - zapytała beznamiętnie i wyjęła notesik.
- Tak, możesz.- powiedział i wgryzłam się jej w szyję.
Życiodajny płyn spływał mi po gardle. Byłam tak głodna, że po kilku sekundach blondynka leżała martwa u moich stóp. Uśmiechnęłam się i z lubością oblizałam wargi. Poprawiłam włosy, a w drzwiach pojawił się Damon.
- Serio? Musiałaś ją zabić?! - pytał wskazując na blondynkę.
Uśmiechnęłam się niewinnie, a chłopak wywrócił oczami. Zachichotałam, a brunet minął mnie w drzwiach. Rozejrzałam się po korytarzu, w moją stronę szedł pewien przerażony chłopak. W wampirzym tempie znalazłam się koło niego i spojrzałam prosto w jego oczy.
-Pozbędziesz się tego ciała. A potem zapomnisz co tu się stało. - szepnęłam, a chłopak w skutek zauroczenia wyminął mnie i robił dokładnie to co chciałam.
Obróciłam się na pięcie i weszłam do naszego pokoju. Brunet studiował jakąś mapę i książki, więc zaciekawiona podeszłam do niego i oparłam się o kant stołu.
- Co robisz? - zapytał i wskazałam na książki.
Chłopak uśmiechnął się krótko i obrócił mapę.
- Nic ciekawego. - odpowiedział zamyślony.
Wywróciłam oczami i wyciągnęłam rękę by przejrzeć jedną z tych książek. Damon złapał mnie za nadgarstek i go wykręcił. Syknęłam z bólu i wyszarpnęłam mu rękę.
- Wciąż jesteś zły za tę blondynę? - zapytałam rozmasowując nadgarstek.
Brunet nic nie odpowiedział.
- Co z tobą?! - zapytała poirytowana i zbliżyłam się do niego. - Kiedy ostatnio kogoś zabiłeś, co? Kiedy piłeś ludzką krew prosto z żyły do ostatniej kropli?
Chłopak zbliżył się do mnie na tyle, że nasze twarze dzieliły milimetry, a oddechy się zmieszały się zamieniając w jeden. Nagle brunet wyminął mnie. Westchnęłam poirytowana, obróciłam się i przygwoździłam go do ściany.
- Co się stało z moim Damonem?  - szepnęłam uwodzicielsko. - Co się stało z chłopakiem  który bez litości potrafił zabić tłum ludzi? Co go zmieniło, a może kto?  Przede mną niczego nie ukryjesz.
Zachichotałam krótko, a Salvatore złapał mnie za ramiona i zmienił naszą pozycję tak, że to teraz ja byłam duszona.
- Niczego nie ukrywam. - warknął i zbliżył swoją twarz do mojej. - Przestań mną manipulować, Katherine. Mamy robotę, czekam na dole.
Brunet puścił mnie i w wampirzym tempie opuścił mieszkanie. Wzięłam głęboki wdech, poprawiłam włosy i podeszłam do lustra. Wyglądałam jak zwykle oszałamiająco. Nagle mój telefon zaczął dzwonić.
- Halo? - zapytałam i wyszłam na balkon.
- Katherine Pierce. Nie wierzę, że wróciłaś. -powiedział ktoś chłodno.
Zdziwiona dalej przysłuchiwałam się słowom mężczyzny.
- Nie pamiętasz mnie? - zapytał, a jego głos zrobił się bardziej tajemniczy i groźny. - Pozwól, że się przypomnę. Sam Peters. Byłem najlepszym przyjacielem Masona, pamiętasz go może?
Zamarłam, ale po chwili się ocknęłam. Ten mały wilczek chyba nie myśli, że będzie mi groził.
- Tak, pamiętam go. Jego śmierć była spektakularna.
- Nie wątpię.  Dzwonię właśnie z tego powodu. Słyszałam, że pojawiłaś się w Hotelu 'Sunrise". Myślę, że możesz mi pomóc.
- Pomóc? - prychnęłam. - Podaj mi jeden powód dlaczego miałabym wam pomóc w czymkolwiek.
- Katherine, Katherine, Katherine... Zapomniałaś gdzie jesteś? To Floryda, żyję tu najwięcej wilkołaków i tak się składa, że przyczyniłaś się do śmierci dwóch z nich. Jeśli  nie zrobisz tego co Ci karze, szybko i boleśnie pożegnasz się z tym światem.
Przełknęłam ślinę i wróciłam do środka.
- Co chcesz, żebym zrobiła?
- Dostarcz mi Damona Salvatore, a będziesz wolna. Domyśl się co Cię czeka, jeśli tego nie zrobisz.
Chwile biłam się z myślami. Muszę zrobić wszystko, żeby przeżyć. Ale wtedy Damon zginie. - pisnął jakiś głos w mojej głowie. Wyjrzałam przez okno, brunet stał przy aucie pijąc krew z woreczka.
- Więc? - zapytał.
Wzięłam głęboki wdech.
- Gdzie chcesz się spotkać?
- Mądra dziewczynka, jest pewien opuszczony dom w pobliskim lesie. Znajdziesz go, bo tak się składa, że twój przyjaciel również go szuka. Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i w wampirzym tempie stanęłam koło Salvatore'a.
- Jedziemy? - zapytałam od niechcenia i spojrzałam lekceważąco na bruneta.
Damon wyrzucił woreczek na tylne siedzenia i wsiadł do środka. Usiadłam ze strony pasażera i jeszcze raz spojrzałam na Salvatore'a. Właśnie wydałam przyjaciela wilkołakom. Przygryzłam dolną wargę... Potem go jakoś uwolnię. Zrobię wszystko by przeżyć. - z tą myślą opuściliśmy parking hotelu 'Sunrise".

Z punktu widzenia Elijah'y.

Siedziałem na fotelu czekając, aż się obudzi. W pokoju było ciemne, żadne promienia światła do niego nie wpadały. Zapalone było jedynie jedno światło nad łóżkiem. Wstałem, a zaraz potem usiadłem na kancie łóżka naprzeciw Megan. Brązowe włosy okalały jej twarz, a klatka piersiowa miarowa podnosiła się i opadała. Dziewczyna była wykończona. Patrzyłem na nią współczująco, a potem położyłem dłoń na jej policzku. Nagle dziewczyna wydała z siebie dźwięk, którego nie potrafiłem zrozumieć. Jej dłoń spoczęła na mojej, a jej usta wykrzywiły się w uśmiechu.
- Elijah. - westchnęła i powoli otworzyła zmęczone oczy.
Uśmiechnąłem się.
- Jestem tu. - odpowiedziałem cicho patrząc się w jej piwne oczy.
Dziewczyna wypuściła całe powietrze z płuc i zmieniła pozycje na siedzącą.
- Jak się czujesz? - zapytałem szybko zabierając rękę.
Dziewczyna na chwile przymknęła oczy. Przypatrywałem się jej uważnie.
- Czuję się... dobrze. Jestem po prostu trochę zdezorientowana i zmęczona. - westchnęła, przeczesała włosy ręką i uśmiechnęła się do mnie.
Odwzajemniłem jej gest, patrząc głęboko w te cudowne piwne oczy. Tylko ona się liczyła, o nikim innym wtedy nie myślałem. Tylko o niej, o tym jak się do mnie uśmiechała, mówiła. O tym jak bardzo byłem szczęśliwy gdy wróciła i mnie przytuliła. Ona była powodem mojego uśmiech. Dzięki niej nie zmieniłem się w krwiożerczego potwora, jakim powinienem być. Dzięki niej miałem nadzieję i byłem szczęśliwy. Nagle oboje stanęliśmy naprzeciw siebie, tak blisko, że nasze oddechy zmieszały się w jeden. Megan położyła swoje dłonie na moim torsie, a ja swoje na jej talii. Słyszałem przyśpieszone bicie jej serca. Tak bardzo pragnąłem ją pocałować. Patrzyliśmy na siebie niepewnie, przechyliłem lekko głowę i schyliłem się. Brunetka przejechała dłońmi po moim torsie zatrzymując je na szyi. Nasze twarze usta milimetry, już mieliśmy złączyć je w pocałunku, gdy zadzwonił telefon. Cała atmosfera tej chwili prysnęła.
- Odbiorę. - szepnęła, odsunęła się ode mnie i zniknęła w drugim pokoju.
Wypuściłem całe powietrze z płuc i na chwile zamknąłem oczy. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Prawie pocałowałem Megan, dziewczyna którą znam od 1000 lat. Mogło się to skończyć tak pięknie... Lepiej, żeby ten, kto dzwonił miał ważny powód. Czy tego właśnie chcesz? - zapytał głosik w mojej głowie. - Jesteście przyjaciółmi od tak dawna, po co to zmieniać.Może ona wcale nie czuję tego co Ty... tak w ogóle co Ty w ogóle czujesz, co? Nie wiem. Chcę, żeby była szczęśliwa... Jest dla mnie ważna... Muszę z nią porozmawiać.
Wziąłem głęboki wdech i wyszedłem z pokoju. To co zastałem, zamurowało mnie. Nigdzie jej nie było, telefon był roztrzaskany, a drzwi szeroko otwarte. Ktoś ją porwał.

_______________________________________________________________________

Na początek, chciałabym BARDZO PRZEPROSIĆ wszystkich za tak długie oczekiwanie. Mam nadzieję, że długością tego rozdziału jakoś to wam zrekompensuję. Niedawno straciłam kogoś bardzo ważnego... i nie potrafiłam się za to zabrać. Jestem jednak zadowolona z tego rozdziału i mam nadzieję, że wam też się spodoba :D
Teraz kilka ogłoszeń :3:
- rozdziały będą się pojawiać co 2 tygodnia, albo częściej.
- mam małe problemy z szablonem, ale powinien się on niedługo pojawić :D
- do końca tego tygodnia postaram się nadrobić wszystkie wasze blogi.
...
To chyba wszystko ;p
Jeszcze raz przepraszam i do napisania ;*




piątek, 18 października 2013

Coś nowego ;D



" On i ja.. jesteśmy tacy sami.
Manipulujemy,
Pragniemy siły,
Kontrolujemy,
Karzemy,
Ale nasze działania są napędzane przez jedno szczególne miejsce głęboko wewnątrz...
Jesteśmy sami.... i nienawidzimy tego "




Hej kochani ;**
Co wy na to, żebym założyła blog o Koltherine ( Kol + Katherine) ? Mam kilka pomysłów i z chęcią bym je zrealizowała. Czekam na wasze zdanie :) Oczywiście tego bloga będę nadal pisała. Co tu by jeszcze dodać... Akcja w tym opowiadaniu będzie rozgrywać się po uwolnieniu Silasa.
Zapraszam do komentowania ;**

Pozdrawiam, Yśka.




czwartek, 26 września 2013

Rozdział VII


Obudziły mnie jakieś hałasy na dole, automatycznie przykryłam głowę poduszką. Dlaczego tam tak głośno?! Która jest godzina?! 6:00? Leniwie spojrzałam na zegarek, 11:30. Jęknęłam cicho i niechętnie wyszłam z pokoju.
- Żartujesz sobie?! Jak to zniknęła?! - krzyczał ktoś w salonie.
Po głosie poznałam, że to Klaus. Podeszłam bliżej barierki.
- Zaatakowała i uciekła. - podsumował Kol.
- Co zrobimy z wściekłymi wilkołakami w Mystic Falls? - zapytał jakiś brunet, siedzący koło Eleny.
- Może to jej sprawka? - zaproponował Damon.
Otrząsnęłam się i pośpiesznie zeszłam ze schodów.
- O co chodzi? - zapytałam zdezorientowana
Wszyscy spojrzeli na mnie. Eliajah stał oparty o kanapę, Kol nalewał sobie drinka, Klaus stał koło Rebekhi, Joy, Elena, Damon, Katherine i Stefan siedzieli na kanapach, a jakaś blondynka zajmowała fotel w kącie z wzrokiem utkwionym w podłodze, wyglądała na smutną i nieobecną. Moja przyjaciółka zrobiła wielkie oczy i szepnęła coś do mnie. Nie miałam pojęcia o co jej chodziło, dopiero po chwili zorientowałam się, że mam na sobie tylko majtki i krótką bluzkę odsłaniającą brzuch. W wampirzym tempie poszłam się przebrać, a następnie zeszłam do moich przyjaciół.
- Czy ktoś mi wytłumaczy co tu się dzieję?! - zapytałam i stanęłam koło Kola.
Klaus wziął głęboki wdech i spojrzał na swojego brata.
- Esther zniknęła. - zaczął - Tej nocy również zaatakowały wilkołaki, a pełnia dopiero za kilka dni...Zanim jednak Esther zniknęła, zaatakowała Cię.
- Co? - szepnęłam przerażona. - Nic nie pamiętam...
Oparłam się o kanapę i przeczesałam ręką włosy.
- Usłyszałem hałasy w nocy, więc przyszedłem do twojego pokoju. - wtrącił Kol. - Miałaś zamknięte oczy i cała się trzęsłaś, a ona mówiła jakieś zaklęcie, gdy tylko mnie zobaczyła uśmiechnęła się wrednie i zniknęła. Nie chcę myśleć co by było, gdybym przyszedł później.
Spojrzałam na bruneta i uśmiechnęłam się do niego słabo.
- Czego ona chce?! - zapytał wkurzony Damon.
- Naszej śmierci. - szepnął najstarszy Pierwotny, patrząc w płomienie tańczące w kominku.
Wszyscy spojrzeli na niego przerażeni. Jak to śmierci? Dlaczego?
- Ponieważ jesteśmy potworami i jedyne co potrafimy robić to zabijać. - skwitował ozięble Klaus.
- Jak niby zamierza to zrobić? - zapytała Elena.
Zdziwiło mnie jej zaangażowanie w tą sprawę. Wzięłam głęboki wdech, nagle coś mnie oświeciło!
- Księga! - prawie, że krzyknęłam. Moi przyjaciele spojrzeli na mnie zdziwieni. - Jakieś pół wieku temu, ukradłam pewną ważną księgę wilkołakom. Były w niej podobno zapisane zaklęcia, którymi można zniszczyć stworzenia nadnaturalne i oczywiście wiele innych, groźnych zaklęć. - Iskierki nadziei pojawiły się w oczach Kola. - Niestety straciłam ją... Kiedy z nią uciekałam, ona po prostu zniknęła...
- A gdzie ją znalazłaś? - zapytał Elajah.
- W tym problem... Nie pamiętam. - oznajmiłam zakłopotana.
- Jak to nie pamiętasz? - zapytał poirytowany Klaus
Wzięłam głęboki wdech i wytężyłam umysł, żeby coś sobie przypomnieć. Skończyło się niepowodzeniem, jak zawsze.
- Ktoś usunął mi wspomnienia na temat lokalizacji tego miejsca. Straciłam ją w Anglii, ale księga może się znajdować w dowolnym miejscu na ziemi. - jęknęłam i mimowolnie spojrzałam na Kath.
Brunetka wierciła się, a na jej twarzy widniał wyraźny grymas niezadowolenia. Nieoczekiwanie zaczerpnęła ze świstem powietrza i wstała.
- Możemy podzielić się na mniejsze grupy i pojechać do miast, w których skupienie wilkołaków jest największe. - zaproponowała. Damon, Klaus i Stefan spojrzeli na nią pytająco. - Robię to tylko dla siebie. - skwitowała ozięble i podeszła do barku.
Klaus w wampirzym tempie znalazł się przy niej i wyrwał butelkę whisky z ręki.
- Nie rozpędzaj się.- syknął i odłożył butelkę na miejsce.
Poirytowana brunetka wróciła na swoje wcześniejsze miejsce.
- Katerina ma racje, Klaus. - zauważył Elijah.
- Może. - syknął Klaus - Cztery pary z nas wyjadą w poszukiwaniu informacji na temat księgi. Kilkoro z nas jednak zostanie tutaj. Więc... - Blondyn rozejrzał się po pomieszczeniu, a na jego twarzy zawitał krótki uśmiech. - Elijah pojedzie z Megan do miejsca utraty księgi. Kol i Joy pojadą do Rio de Janeiro. Katherine i Damon wybiorą się na Florydę, a ja i Caroline pojedziemy do Liverpool'u. Rebekah, Stefan i Elena zostają.
Chwile po przemówieniu Klausa, moi przyjaciele zaczęli głośno protestować. Mi towarzystwo Elijah'y pasowało. Zauważyłam, że Caroline westchnęła zrezygnowanie i jeszcze bardziej posmutniała.
- Nie chcę z nim jechać! - krzyczała Katherine.
- A ja z nią! - odkrzykiwał Damon.
Joy wyglądała na wyraźnie zakłopotaną, a Kol tylko pił kolejną szklankę whisky. Bekah również protestowała, najwyraźniej nie marzyło jej się towarzystwo Elenki i Stefcia przez najbliższe kilka dni.
- Nie obchodzą mnie wasze zachcianki! - warknął Klaus. - Postanowiłem, a teraz zabierajcie się stąd i pakujcie się. Mamy księgę do znalezienia. - swoją wypowiedź skwitował złowieszczym uśmieszkiem.

***
~ Gdzieś w Mystic Falls ~

Wysoka blondynka pewnym krokiem wkroczyła do mrocznego pomieszczenia. Zacisnęła rękę w pięść, przekręciła nadgarstek i rozprostowała ją. Przez okno w suficie do pomieszczenia wpadł snop księżycowego światła.Kobieta rzuciła na podłogę jakieś naszyjnik, podniosła ręce ku górze i zaczęła recytować zaklęcie.
- Et nunc revertar ut male loqui de me abs te expecto tribuat mihi admisit summo animi!
Blondynka oddychała ciężko, a z jej nosa ciekła krew. Naszyjnik zaczął się palić, na co kobieta uśmiechnęła się złowieszczo. W miejscu prochu znajdował się teraz duch mulatki z czarnymi włosami.
- Esther. - szepnęła z zadowoleniem brunetka.
- Witaj Ayanno. - odpowiedziała i podeszła bliżej pozwalając światłu ukazać jej twarz.
- Kochana, co Ci się stało? - zapytała zdenerwowana wskazując na blondynkę.
Kobieta delikatnie dotknęła zniekształcenia na policzku i skroni. Każdy dotyk niemiłosiernie bolał.
- Ona. - syknęła. - Jest silniejsza niż myślimy.
-  Wcieliłaś plan w życie?- zapytała zjawa i rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Robią dokładnie to co chcemy. Już niedługo on powróci.- odpowiedziała i zaśmiała się złowrogo.

***
Z punkty widzenia Caroline.

Wyjęłam z szafy jeszcze kilka bluzek i wpakowałam je do czarnej torby leżącej na moim łóżku. Westchnęłam zrezygnowanie i przeczesałam włosy ręką. Perspektywa wyjazdu z Klausem mnie dobijała. Mogłabym jechać z każdym, tylko nie z nim! Jeszcze do tego ta sprawa z Tylerem... Łzy zeszkliły mi oczy. Caroline, przestań płakać! Nie jesteś małym dzieckiem! Dopięłam walizkę i hardo szłam w stronę wyjścia.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na korytarz i wyszłam z domu. Klaus stał oparty o maskę czarnego mustanga. Kiedy tylko mnie zobaczył uśmiechnął się łobuzersko. Uniosłam oczy do nieba i niechętnie podeszłam do niego.
- Jedziemy? - zapytałam beznamiętnie i poprawiłam włosy.
- Oczywiście, kochana. - odpowiedział  i otworzył mi drzwi ze strony pasażera.
Wywróciłam oczami i wsiadłam do środka. Blondyn włożył moją walizkę do bagażnika i usiadł po stronie kierowcy.
- Gotowa? - zapytał i przekręcił kluczyki w stacyjce.
Wzięłam głęboki wdech, przełknęłam ślinę i potaknęłam. Z piskiem opon wyjechaliśmy spod mojego domu. Szybkość z jaką jechaliśmy wcisnęła mnie w fotel. Klaus uśmiechnął się i skręcił w stronę lotniska. Zaczyna się... - westchnęłam.

________________________________________________________________________________

Hej kochani! <3
Nareszcie udało mi się napisać nowy rozdział :D
Mam nadzieję, że wam się spodoba : )
Zapraszam was też na  http://the-story-of-two-worlds.blogspot.com/
Do napisania ;**

CZYTASZ=KOMENTUJESZ

poniedziałek, 2 września 2013

Rozdział VI

Z punktu widzenia Caroline.

Wesoło chodziłam po domu. Byłam taka szczęśliwa, że Tyler wrócił. Chłopak siedział w kuchni, jedząc kolacje. Podeszłam do niego i pocałowałam w usta.
- Będziesz spał na kanapie. - szepnęłam wesoło.
- Dlaczego? - zapytał smutny.
- Moja mama jest w domu. - jęknęłam. - Poczekaj, a ja znajdę jakieś koce.
Uśmiechnęłam się do niego i poszłam szukać. Wszystko się nareszcie układało. Tyler wrócił i nie jest już przywiązany do Klausa. W Mystic Falls nie dzieje się nic strasznego. Jest dobrze, po prostu dobrze. Westchnęłam, wzięłam koce i położyłam je na kanapie. Poszłam do swojego pokoju, bo to własnie tam był Tyler. Uśmiechnęłam się i stanęłam w progu. Brunet trzymał w prawej ręce jakąś kartkę, a lewą zacisnął w pięść. Zdziwiłam się.
- Co TO jest?! - zapytał wkurzony i pokazał mi kartkę.
Rysunek przedstawiał mnie w balowej sukni i głowę konia. Dzieło było prezentem od Klausa.
- Tyler, ja... - zaczęłam.-... To nie jest tak jak myślisz!
- Ja wyjeżdżam, żeby zerwać więź pomiędzy mną, a tym potworem. Robiłem to by być z tobą, a ty tak po prostu się z nim zabawiasz! - krzyczał wściekły.
- Przestań! Mogę to wyrzucić. - szepnęłam, mając łzy w oczach.
- Wiesz co? Po prostu nie ogarniam tego! Przenocuję gdzie indziej, pa! - powiedział, minął mnie i wyszedł trzaskając drzwiami.
Wzdrygnęłam się i osunęłam się na podłogę. Podkurczyłam nogi i wybuchnęłam płaczem. Dlaczego wszystko musiało się zepsuć?! Było już tak dobrze. Głupi rysunek! - syknęłam, zgniotłam go i wyrzuciłam. Nie mogłam się uspokoić. Przeklęty Klaus!

Z punktu widzenia Damona.

Siedziałem na kanapie ze szklanką Burbonu bezcelowo wpatrując się w tańczące w kominku płomienie. Przechyliłem szklankę i wypiłem całą jej zawartość, uśmiech mimowolnie zawitał na mojej twarzy. Wstałem i podszedłem do barku. Wyjąłem całą butelkę Burbonu. Otworzyłem ją i zacząłem pić. Spojrzałem przed siebie. W drzwiach stała Elena żegnając się ze Stefciem.
- Wychodzę, Damon. - tu zwróciła się do mnie. - Proszę Cię nie pij już.
Potaknąłem i wypiłem jeszcze łyka. Elka westchnęła i wyszła. Za oknami szalała burza. Spojrzałem na butelkę i rzuciłem się na kanapę. Zamknąłem oczy i już miałem zasnąć, ale przed moimi oczami stanęła kobieta. Była cała mokra, jej brązowe, lekko falowane włosy opadały kaskadą na ramiona, a mokre ubrania podkreślały jej zgrabną sylwetkę. Uśmiechała się do mnie. Powoli wstałem i zapytałem:
- Elena, co Ty tu jeszcze robisz? - zapytałem cicho.
Brunetka nic nie odpowiedziała tylko usiadła na mnie okrakiem i  wpiła się namiętnie w moje usta.  Zaskoczyła mnie, chwile nie wiedziałem co robić, ale odwzajemniłem pocałunek. Dziewczyna całowała mnie namiętnie i łapczywie powoli rozpinając guziki mojej koszuli. Coś sobie uświadomiłem, tylko jedna kobieta mogła mnie tak całować.
- Katherine. - warknąłem i odepchnąłem ją od siebie.
Dziewczyna zaśmiała się i poprawiła włosy.
- A było już tak blisko! - westchnęła. - Musisz przyznać, że jestem w tym dobra.
Przewróciłem oczami i jednym łykiem opróżniłem butelkę do końca.
- Oj, czyżby problemy w raju? - syknęła, a zaraz potem wybuchnęła śmiechem.
- Nie twoja sprawa, Kath. - warknąłem i podszedłem do okna.
- Rozchmurz się, Damon. - zawołała i podeszła do mnie. - Idziemy coś zjeść?
To nie zabrzmiało jak prośba, tylko rozkaz.
- Dalej! Nie daj się prosić. - zamruczała mi do ucha.
Chwilę biłem się z myślami. Spojrzałem na nią, uśmiechała się złowrogo.
- Z tobą zawsze, panno Pierce. - szepnąłem i uśmiechnąłem się łobuzersko.
- I to jest Damon, którego znam i czasem nawet lubię. - zachichotała i zawróciła w stronę drzwi.
Uniosłem oczy do nieba, uśmiechnąłem się i poszedłem za nią. Nagle brunetka zamarła i wytężyła słuch.
- Słyszysz? - zapytała cicho.
- Niby co?
- Wytęż słuch, Damon. - syknęła
Wykonałem polecenie Katherine. Słyszałem szmer, krople deszczu uderzające o okna posiadłości i coś co mnie też zamurowało. Warczenie wilka. Nagle wielkie okno koło drzwi zostało wibitę, wpuszczając do środka wielkiego wilkołaka.
-No nie, znowu?! - jęknąłem wkurzony. - Stefan, mamy gościa.
Wilk rzucił się na Kath, powalając ją na podłogę. Dziewczyna krzyknęła i próbowała się wyrwać. Stefan pojawił się w salonie i rzucił mi srebrny nóż. Złapałem go zręcznie i wbiłem go w grzbiet bestii. Wilk zaskowyczał i zniknął. Stefan trudził się z drugim wilkołakiem.
- Weź ją stąd! - krzyknął i wskazał na brunetkę.
Drugi wilk zniknął, a Stefan popędził za nim. Cisnąłem sztylet za siebie i podszedłem do Katherine. Dziewczyna na wpół przytomna leżała na podłodze z raną po ugryzieniu wilkołaka na prawej ręce. Przełknąłem ślinę i ostrożnie wziąłem ją na ręce. Brunetka cicho jęknęła z bólu i zdrową ręką objęła mnie za szyję. Położyłem ją w moim pokoju na łóżku. Dziewczyna bezwładnie na nie opadła i zaczęła kaszleć. Wiedziałem co się dokładnie potem stanie więc postanowiłem zadzwonić do Klausa.
- Co Ty robisz? - zapytała słabo, kiedy wybierałem numer hybrydy.
- Jak to co? Dzwonie po Klausa.
- Zwariowałeś?! Klaus w życiu mi nie pomoże! - warknęła i znów zaczęła kaszleć. - Przynieś mi krwi.
Westchnąłem i po chwili wróciłem  woreczkiem świeżej krwi. Usiadłem koło dziewczyny i podałem woreczek. Po kilku sekundach Kath go opróżniła.
- To co mamy zrobić? - zapytałem.
Mimo wszystko, nie chciałem, żeby Katherine umarła.
- Elena. - szepnęła. - Dałam jej buteleczkę z krwią Klausa, jak Ty umierałeś, pamiętasz? Ona musi ją mieć.
- Spoko, zaraz wracam. - zakomunikowałem.
- Pośpiesz się. - jęknęła i zaczęła pluć krwią.
- Jak trochę sobie pocierpisz, nic Ci się nie stanie. - rzuciłem.
 - Mówię serio!
- Ja też! - krzyknąłem i w wampirzym tempie pobiegłem do domu panny Gilbert.
Po drodze z głodu zabiłem jedną blondynkę. Spokojnie podszedłem do drzwi i zapukałem. Po chwili otworzył mi młody Gilbert. Brunet zmierzył mnie wzrokiem i przez moment patrzył się na mnie. Miałem ochotę urwać mu łeb.
- Elena! - zawołał i odszedł od drzwi.
Uśmiechnąłem się wrednie i czekałem. Po chwili w drzwiach stanęła Elena. Miała na sobie szary dres, a włosy upięte były w wysoką kitkę.
- Damon? Coś się stało? - zapytała wyraźnie zdziwiona moimi odwiedzinami.
- Normalka. Zaatakowały nas wilkołaki i mamy ofiary. Przejdźmy do rzeczy: Masz może tą buteleczkę z krwią Klausa od Katherine?
- Jaaa... Tak, mam ją do góry. - odpowiedziała zdezorientowana i poszła do swojego pokoju.
Wyjąłem telefon, ponieważ usłyszałem dźwięk przychodzącego sms'a. Okazało się, że to od Stefana.
" Ścigałem go, ale niestety nie udało mi się go dorwać. Wpadnę do innych, sprawdzę czy wszystko okej. "
Prychnąłem i zwróciłem się do Eleny, która właśnie zeszła. Trzymała w ręce buteleczkę.
- Proszę. - powiedziała i wręczyła mi ją. - Wszystko dobrze? Stefan jest ranny?
Przewróciłem oczami. Ona tylko o jednym...
- Nie musisz się o nic martwić. - zawołałem i w wampirzym tempie dobiegłem do domu.
Cicho wszedłem do środka pensjonatu, w którym panował półmrok.
- Katherine? Kici, kici. Mam coś dla ciebie. - zawołałem.
W odpowiedzi nic nie usłyszałem. Zacząłem rozglądać się po salonie. Nagle ktoś rzucił się na mnie i przygwoździł do podłogi. Był to sobowtór Tatii. Dziewczyna miała w obłęd w oczach, a w ręce trzymała drewniany kołek. Brunetka była wściekła, szarpała mnie i próbowała wbić kołek w serce. Złapałem ją za ręce i próbowałem się wyswobodzić. Brązowooka miała halucynacje.
- Katherine, puść mnie! - krzyknąłem.
- Zasłużyłeś na śmierć! Miałeś ich chronić! - krzyczała, po czym wbiła mi kołek w brzuch.
Syknąłem z bólu i szarpnąłem ją tak, że teraz ja byłem nad nią. Dziewczyna próbowała się wyswobodzić.
- Katherine! - krzyknąłem patrząc jej prosto w oczy.
Brunetka przestała się szarpać, obłęd w jej oczach też zniknął. Była wykończona. Puściłem ją i powoli wstałem. Wyjąłem kołek i rzuciłem go do kominka. Uspokoiłem swój oddech i usiadłem koło Katherine. Dziewczyna powoli otworzyła oczy i spojrzała na mnie. Na chwile nasze spojrzenia się spotkały. Opuściłem wzrok i wyjąłem buteleczkę. Dziewczyna usiadła i oparła głowę o moje ramię. Podałem ją jej. Brunetka wzięła głęboki wdech i upiła łyk. Uśmiechnęła się słabo i położyła buteleczkę koło mojej ręki.
- Dziękuje. - szepnęła szczerze.

***

 Z punktu widzenia Klausa:

Był środek nocy, a ja nadal nie mogłem spać, moje myśli zaprzątała pewna blond wampirzyca. Myślałem o balu i naszym tańcu. Było niesamowicie, tak inaczej. Caroline była inna, nie była taka jak wszystkie dziewczyny. Myślę, że to mnie do niej przyciąga. Przestań tak myśleć, Klaus! - skarciłem się w myślach. - Jesteś Pierwotnym, hybrydą, postrachem wobec wszystkich, krwiożerczą bestią! Nie czujesz! Otrząsnąłem się i w wampirzym tempie znalazłem się na kanapie w salonie ze szklanką whisky. Chwilę wpatrywałem się w bursztynowy trunek, chwili później wypiłem całość. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi, zdziwiony spojrzałem w stronę wejścia i zawołałem:
- Otwarte!
Wytężyłem wzrok i spojrzałem na postać stojącą w drzwiach. Był to wysoki chłopak, nastolatek. Na sobie miał raczej ciemne ubrania. Spokojnie szedł w moją stronę. Podwinąłem rękawy koszuli i z wampirzą siłą przygwoździłem go do ściany, chłopak był wyraźnie zaskoczony.
- Daj mi jeden powód, żeby Cię nie zabić! - syknąłem i zacząłem go dusić.
- Chcę porozmawiać, Klaus! - szepnął zachrypnięty, próbując się wyswobodzić.
Zmierzyłem go wzrokiem, nie wyglądał na groźnego. Co mi szkodzi. - pomyślałem i go puściłem. Chłopak oddychał ciężko i rozmasowywał sobie ramię. Usiadłem na kanapie i spojrzałem na niego z pogardą.
- Więc, co Cię do mnie sprowadza? - zapytałem z udawanym zainteresowaniem.
- Chodzi mi o jedną z dziewczynę, którą niedawno poznałeś. - zaczął zachrypniętym głosem. - Dziewczyna, wysoka z blond włosami, kojarzysz może?
- Czy Ty naprawdę myślisz, że to co mi powiedział coś mi powie. Opisz ją bardziej szczegółowo. - zapytałem od niechcenie. Jednak skrycie intrygowało mnie to co chłopak powiedział.
- Yyy...Długie, folowane blond włosy, brązowe oczy. Miała na sobie czarną bokserkę, skórzaną kurtkę, czarne rurki i jakieś buty. - powiedział po chwili zastanowienia.
- Tak, pamiętam ją. - zakomunikowałem.
Chłopak spojrzałam na mnie z nadzieją.
- Umarła jakiś tydzień temu. Chciałem ją przemienić w hybrydę, ale się nie udało. - odpowiedziałem beznamiętnie.
- Chyba jednak nie umarła, bo zaatakowała mnie jakieś 2 godziny temu.
Zerwałem się z kanapy, byłem wstrząśnięty i wściekły. Jak to żyła?! Na własne oczy widziałem jak umarła.
- Co?! - warknąłem na blondyna
- Mówię co widziałem. Zaatakowała mnie w lesie, nie wyglądała ani jak wampir, ani jak wilkołak, czy hybryda. Nie mam pojęcia czym jest, ale chyba lepiej dla ciebie, żebyś się dowiedział. - zakomunikował i z wampirzą prędkością zniknął z mojego domu.
Zdezorientowany stał na środku salonu. Nie miałem pojęcia czym jest i jak to możliwe, że ona żyję, ale znajdę ją i zabiję.

______________________________________________________________________________

Hej :*
Udało mi się nareszcie napisać ten rozdział.
Przepraszam za tak długie oczekiwanie...;c
Mam nadzieję, że się spodoba :D
Buziaki, Yśka :)

piątek, 16 sierpnia 2013

Informacja :D


Hej kochani!

Pracuję już nad nowym rozdziałem, niestety nie uda mi się go dzisiaj dodać :c Przepraszam was bardzo! Rozdział powinien być dodany w czwartek, a w najgorszym wypadku we wrześniu, ponieważ teraz wyjeżdżam i wracam w czwartek, a potem znowu wyjeżdżam na tydzień. Mam nadzieję, że nie jesteście źli... Miłej końcówki wakacji wam życzę! <3

Nowy rozdział pojawił się na http://the-story-of-two-worlds.blogspot.com/ , liczę na waszą opinie :D

Pozdrawiam i przepraszam, Yśka ;*

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział V



Z punktu widzenia Isaaca 

W wampirzym tempie przemierzałem las w Mystic Falls. Dlaczego ja tu w ogóle jestem? Sam nie wiem, to był jakiś impuls. Musiałem ją znaleźć, znów zobaczyć jej szczery i piękny uśmiech, cudowne, piwne oczy z których emanował taki optymizm i radość. Nie widziałem jej od jakiś 50 lat, które niezmiernie mi się dłużyły. Nagle ktoś z wielką siłą popchnął mnie na drzewo. Syknąłem i powoli wstałem. Otrzepałem się i przygotowałem do ataku. Nerwowo rozglądałem się dookoła siebie. Nie widziałem nikogo, słyszałem tylko szelest liści. Nagle stanęła przede mną kobieta. Długie blond włosy opadały kaskadą na jej ramiona, a mądre, piwne oczy wpatrywały się we mnie. Na sobie miała czarne rurki, ciemny t-shirt i czarną skórzaną kurtkę. Zobaczyłem jej kły, nie były jak u normalnego wampira, ani wilkołaka, a oczy dziewczyny z piwnego zmieniły się na żółty. Wziąłem pod uwagę hybrydę, ale nawet oczy hybryd są czarno - bursztynowe, a nie żółte. Nie miałem pojęcia kim jest. Nagle dziewczyna rzuciła się na mnie z trudem odrzuciłem ją od siebie. Patrzyła na mnie badawczo, a po chwili jej twarz wróciła do normalności.


- Ughh....Wampir. - mruknęła i przewróciła oczami. - A już się cieszyłam na jakieś jedzonko.
- Eee...Przykro mi? - powiedziałem lekko zdezorientowany.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech i rozejrzała się dookoła siebie.
- Poszukam sobie czegoś innego. - powiedziała beznamiętnie, obróciła się do mnie plecami i zaczęła biec.
- Poczekaj! - zawołałem, dziewczyna się zatrzymała i spojrzała na mnie. - Czym ty jesteś?
- Zapytaj Klausa Mikealson'a! - zawołała , uśmiechnęła się słodko i pobiegła.
Widziałem jak znika w gąszczu lasu. Miałem w głowie tyle pytań...Co Klaus może mieć wspólnego z tą dziewczyną? Kim ona jest? Jakie ma zamiary? Miliony pytań mieściło mi się w głowie. Wziąłem głęboki wdech i postanowiłem udać się spotkać z Klausem, twarzą w twarz.

Z punktu widzenia Megan.

Po drodze do domu Mikaelsonów wpadłam do Grilla na szklankę Burbonu. Barman pod wpływem zauroczenia dał mi całą butelkę trunku. Podczas drogi nerwowo rozglądałam się dookoła siebie. Nagle na kogoś wpadłam.
- Sory. - westchnęłam, pozbierałam się i już chciałam iść, ale dziewczyna mnie powstrzymała.
- Meg? - zapytała nieśmiało, a zaraz potem uśmiech zawitał na jej twarzy.
- Joy! - odpowiedziałam radośnie i przytuliłam brunetkę.
- Szmat czasu się nie widziałyśmy. - westchnęła i usiadła na ławce.
- Bardzo długi czas... Pamiętasz, Francja 1989 roku? - zapytałam, uśmiechnęłam się i dołączyłam do przyjaciółki.
- O tak... - westchnęła, zachichotała i zamieniła ze mną porozumiewawcze spojrzenie.
Uśmiechnęłam się i wpadłam na pewien pomysł.
- Hej, idę właśnie do znajomych...Pójdziesz ze mną? - zapytałam wesoło i spojrzałam na Joy. Wyglądała na zamyśloną i zaskoczoną.
- Eee...Jasne. - powiedziała niezbyt pewnie.
Uśmiechnęłam się i razem pobiegłyśmy do willi Mikaelsonów. Gdy tylko minęłyśmy próg Joy zamarła. Spojrzałam na nią zdziwiona, zaraz potem spojrzałam przed siebie. Elijah i Bekah zawzięcie o czymś rozmawiali, Klaus rysował coś w swoim szkicowniku, a Kol zdezorientowany stał ze szklanką whisky na środku salonu. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam mówić.
- Kochani, to jest Joy, moja przyjaciółka. Jak widzicie jest wampirem, ale ma także pewną magiczną zdolność. Potrafi być się teleportować, co bardzo się w życiu przydaję... - mówiłam, ale Joy szturchnęła mnie w ramię. - Co? Och... To jest Rebekah, Elijah i Klaus, a to jest...
- Kol. - przerwała mi przerażona brunetka.
- To wy się znacie? Super. - pisnęłam wesoło.
- Gdzie tu jest łazienka? - zapytała cicho Joy.
- Drugie drzwi od lewej. - wtrąciła Pierwotna.
Brunetka pokiwała na znak, że zrozumiała i poszła w stronę łazienki. Spojrzałam na moich przyjaciół. Elijah uśmiechnął się do mnie, Klaus wciąż szkicował, Rebekah pisała do kogoś sms, a Kol stał jakby wmurowany w podłogę. Nie miałam pojęcia co się dzieję.
- Idę się napić. - rzucił w końcu i poszedł do barku w pokoju obok.

Z punktu widzenia Joy.

Weszłam szybko do łazienki i zamknęłam drzwi na klucz. Nie wiedziałam co robić. Musiałam sobie wszystko poukładać w głowie... Kol był Pierwotnym, jednym z pierwszych. Moja przyjaciółka przyjaźniła się z całą ich rodziną. Muszę zniknąć, teraz, zanim mnie dorwą. Wzięłam głęboki wdech i cichutko wyszłam z łazienki. Zamiast pójść do salonu poszłam w drugą stronę. Ten dom był ogromny, nie byłam pewna czy idąc w tym kierunku wyjdę. Nagle ktoś przygwoździł mnie do ściany i zaczął przyduszać. Próbowałam się wyswobodzić, ale niestety nic z tego nie wyszło.
- To tak mi wtedy uciekłaś, prawda?- syknął najmłodszy Mikaelson.
- Nie wiem o czym mówisz! - wydusiłam, próbując złapać oddech.
Kol uśmiechnął się do mnie złowrogo, a następnie podniósł rękę i otworzył ją tuż przy mojej twarzy. Patrzyłam na niego zdezorientowana i przestraszona. Chłopak przechylił głowę, uśmiechnął się wrednie i dmuchnął wprost na moją twarz jakimś szarym proszkiem. Zaczęłam się dusić, próbowałam jakoś zaczerpnąć powietrza.
- Czujesz to prawda? - syknął - Popiół z białego Dębu blokuje twoją magię. Nie uciekniesz mi teraz.
Kol bez zastanowienia wbił swoją rękę prosto w moją klatkę piersiową. Rozpaczliwie próbowałam zaczerpnąć powietrza. Nie mogłam uciec, zostało mi tylko jedno.
- Dalej! Zabij mnie, to właśnie czego chcesz! - szepnęłam bezsilnie.
Chłopak przybliżył się do mnie tak blisko, że dzieliło nas kilka milimetrów. Czułam jego oddech na policzku, przeszedł przeze mnie dreszcz.
- Biedna Joy... - szepnął i zaczął się bawić kosmykiem moich włosów. - Nie odbiorę tej przyjemności ludziom, przed którymi uciekasz.
- Co? Nie uciekam! - warknęłam, chociaż chłopak miał racje.
- Nie? - zaśmiał się. - Z takimi zdolnościami możesz prowadzić beztroskie życie. Zakładam, że komuś się naraziłaś i teraz uciekasz, bo się boisz. Boisz się, że Cię zabiją, albo co gorsza zabiorą magię. Przyjechałaś tutaj szukając schronienia, a bliska przyjaciółka z takimi znajomymi jak my jest bardzo dobrą kryjówką. pytanie brzmi : Przed kim uciekasz?.
- Dobra! - szepnęłam roztrzęsiona. - Tak, uciekam. To chciałeś usłyszeć?! Dopiąłeś swego, Kol.
Chłopak ilustrował mnie chwilę wzrokiem, a po chwili wypuścił. W wampirzym tempie wybiegłam z willi i zatrzymałam się w jakimś lasie. Oparłam się o drzewo i osunęłam się na trawę. Skuliłam się i schowałam głową w ramionach. Łzy napłynęły mi do oczu, nie sprzeciwiałam się, zaczęłam płakać. Nienawidzę go! Nienawidzę. Jest bezczelny i arogancki. Mam go serdecznie dość. Przecież lubisz takich. - szeptał jakiś głos w mojej głowie. Nie, wcale nie! Nagle poczułam niewyobrażalny ból w okolicach klatki piersiowej. Wrzasnęłam i upadłam.Krzyczałam z bólu, czując jak łamią mi się kości. Łzy zeszkliły mi oczami, a ból nie tracił na sile. Złapałam się za brzuch i zaczęłam pluć krwią. Ciężko oddychając spojrzałam przed siebie. Brunetka z szyderczym uśmiechem stała bawiąc się swoimi włosami, a wysoki blondyn oparty o drzewo, mówił coś do dziewczyny. Z wielką siłą zostałam przygwożdżona do drzewa i związana sznurami przesiąkniętymi werbeną.
- Czego chcesz Molly? - zapytałam słabo.
Kobieta przechyliła głowę i uśmiechnęła się wrednie.
- Dzisiaj będziesz tylko przynętą.- syknęła
- Na kogo?
- Kola Mikaelsona. - zawołał chłopak.
Prychnęłam i spojrzałam prosto w oczy dziewczyny.
- Przykro mi, ale Kol wam nie pomoże w zamian za moje życie. Mu na mnie nie zależy. - powiedziałam z wrednym uśmieszkiem.
Dziewczyna podeszła do mnie i uklękła przy mnie.
- Oczywiście, że mu na tobie zależy. - powiedziała cicho i uśmiechnęła się słodko.
- Nie wydaję mi się. - odpowiedziałam przez zęby.
- Posłuchaj, od lat szukamy jakiegoś słabego punktu Kola, czegokolwiek na czym mu zależy. Pierwsza myśl to była rodzina, ale nie chcieliśmy zadzierać z rodzinką pierwotnych, więc szukaliśmy dalej i znaleźliśmy... Ciebie. - powiedział chłopak nadal oddalony ode mnie kilka metrów.
Prychnęłam i spojrzałam na niebo. Ciemne chmury zbliżały się do Mystic Falls, będzie burza. Automatycznie się wzdrygnęłam, mimo że byłam wampirem strasznie bałam się burzy. Zaczęło padać i błyskać Nagle ktoś podbiegł do czarownicy, wgryzł jej się w szyję i zabił. Zaraz potem podbiegł do mnie i  uwolnił. Młody chłopak przerażony patrzył to na nas to na swoją siostrę. Na jego twarzy zaczął malować się ból i chęć zemsty.Wściekły spojrzał na mojego wybawce, a on syknął i upadł na ziemie. Kol trzymał się za głowę, po chwili krzyknął z bólu. Nie mogłam na to patrzeć.
- Zostaw go! - prosiłam
Chłopak  tylko uśmiechnął się wrednie i zadał mu jeszcze większy ból. Szybko wstałam, uderzyłam mężczyznę w brzuch i rzuciłam na drzewo. Stracił przytomność. Podbiegłam do Kola, pomogłam mu wstać i razem weszliśmy do jakiegoś domku za lasem. Cali mokrzy usiedliśmy na kanapach w salonie.
- Zabiję go! - syknął przez zęby brunet.
- Pomogę. - rzuciłam  i spojrzałam na siebie.
Na nadgarstkach miałam ślady od łańcuchów, włosy były całe mokre i posklejane krwią, a żebra niemiłosiernie mnie bolały. Westchnęłam i spojrzałam na Kola, chłopak szukał czegoś w szafkach.
Po chwili obrócił się i rzucił mi woreczek z krwią. Złapałam go energicznie i szybko opróżniłam. Rany całkowicie się zagoiły. Kol zdążył już opróżnić trzy woreczki z krwią, a teraz wpatrywał się we mnie.
- Co? - zapytałam zdziwiona.
- Nic... To przed nimi uciekałaś prawda? - zapytał zainteresowany.
- Taaa... To długa historia, nic fajnego. Posiadanie takich umiejętności ma też gorsze strony. - westchnęłam smutno.
- Nieźle Cię potraktowali. - powiedział rozbawiony.
- W tym nie ma nic śmiesznego. - burknęłam, ale uśmiech zawitał na mojej twarzy.
- Muszę lecieć. - rzucił i poszedł w stronę drzwi. - Jak chcesz możesz tu zostać, w domu jest wszystko co potrzebne, nikt Cię tu nie znajdzie.
- Dziękuje. - szepnęłam.
Kol uśmiechnął się krótko i wyszedł. Patrzyłam jeszcze chwile w drzwi, uśmiechnęłam się i poszłam do łazienki. Może myliłam się co do niego.


Z punktu widzenia Megan.

Zaniepokojona siedziałam na fotelu w moim pokoju. Za oknem szalała burza, co chwile błyskała i grzmiało. Od dziecka bardzo lubiłam burze. Podeszłam do barku i nalałam sobie whisky. Chwilę patrzyłam na bursztynowy płyn, po chwili przechyliłam szklankę i wypiłam całą jej zawartość. Ktoś zapukał , a po chwili wszedł do pokoju. Obróciłam się, w drzwiach stał Elijah. Przełknęłam ślinę  usidłam na końcu łóżka, mężczyzna do mnie dołączył.
- Musimy porozmawiać. - zaczął zakłopotany.
- Musimy. - zgodziłam się.
Elijah wziął głęboki wdech i spojrzał na mnie, zachowywał się tak jakby nie wiedział co powiedzieć. Uśmiechnęłam się zachęcająco.
- Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem wcześniej. Nie chciałem żeby tak to wyszło. Martwię się  ciebie... Nigdy bym sobie nie wybaczył gdyby coś Ci się stało... Wiem, że jesteś dorosłą wampirzycą, ale patrząc na ciebie wciąż widzę tą małą dziewczynkę, która ciągle wpadała w jakieś kłopoty.
Uśmiechnęłam się i złapałam go za rękę. Nie protestował.
- To ja powinnam przeprosić... Niepotrzebnie wybuchnęłam, ale taka już jestem. Nic mi nie będzie, jestem silniejsza niż się wydaję. To miłe, że się o mnie martwisz. - szepnęłam i położyłam głowę na jego ramieniu.
Byłam szczęśliwa, tego właśnie potrzebowałam, rozmowy. Rzęsisty deszcz stukał w okna willi Mikaelsonów. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam w ramionach Pierwotnego.
_____________________________________________________________________________

Hej !
Przepraszam, że tak długo czekaliście... Mój komputer był w naprawie ;/
Starałam napisać jak najdłuższy rozdział żeby wam to zrekompensować. :)
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał :D
Do napisania ;*

piątek, 12 lipca 2013

Rozdział IV

No więc, wróciłam!! Przepraszam za tą długą przerwę, ale wiecie, zakończenie roku, poprawianie ocen i inne duperele....-.- Mam dużo pomysłów na dalszy ciąg tego opowiadania. Miłego czytania miśki ;****
________________________________________________________________________________

Obudziły mnie poranne promienie słońca. Przeciągnęłam się leniwie i otworzyłam oczy. Leżałam przytulona do Damona, odskoczyłam od niego i w wampirzym tempie pobiegłam do łazienki. Rozejrzałam się nerwowo i oparłam ręce o szafkę. Jedną ręką przeczesałam włosy, a drugą obmyłam twarz zimną wodą. Spojrzałam na siebie w lustrze i zachichotałam. Wampir jeszcze spał więc postanowiłam wziąć prysznic. Zimne strumienie wody spływały po moim nagim ciele. Zamknęłam oczy i wróciłam pamięcią do wydarzeń z przed 50 lat.

Anglia, rok 1962.                                       Muzyka ( do retrospekcji. )

Przemierzałam las z wampirzą prędkością. Był środek nocy, a ja uciekałam cała w cudzej krwi. Ledwo co udało mi się wydostać z tej nory, ale dostałam to co chciałam. Zdobyłam księgę. Teraz poczują ból straty. Był nów, faza księżyca, którą lubiłam najbardziej. Czułam się podczas niej silna, ale mniejsza z tym. Usłyszałam jakieś szemranie więc przyśpieszyłam. Nagle poczułam jakiś smród. Z mojej torby unosiły się chmury dymu. Zdezorientowana wyjęłam z niej księgę, a ona zaczęła się palić. Syknęłam i ją upuściłam, a ona zmieniła się w proch.Upadłam na kolana i trzęsącymi rękami podniosłam popiół.
- Nie... - szepnęłam przerażona. Proch przesypywał się pomiędzy moimi palcami.
Wściekła zaczęłam walić rękami w ziemię i łamać drzewa. Nie będę płakać, przecież mi nie zależy. Znajdę jakiś sposób, nie po to wyłączyłam uczucia żeby być słaba. Przeczesałam włosy ręką i pobiegłam w wampirzym tempie w stronę swojego domu. Kiedy byłam cztery metry od drzwi coś mnie zatrzymało. Wytężyłam wzrok i spojrzałam w głąb salonu. Nagle zauważyłam jakiś kształt, podeszłam bliżej, a w drzwiach stanęła pewna kobieta.

- Nina? - zapytałam cicho.
Szatynka podniosła wzrok i spojrzała na mnie. Włosy miała posklejane krwią, a ubrania były postrzępione. Dziewczyna miała łzy w oczach, a jej ciało drżało. Byłam zdezorientowana. Nina patrzyła na mnie przerażona i smutna. Nie miałam pojęcia co się dzieję.
Przełknęłam głośno ślinę, a zza dziewczyny wynurzyła się druga postać. Wysoki, blond włosy mężczyzna trzymał ją mocno za gardło. Miał na sobie beżowe spodnie i czarny koszulę. Uśmiechał się wrednie, a jego oczy przybrały złocisty kolor. Zaczerpnęłam rozpaczliwie powietrze i trochę się cofnęłam. Rozejrzałam się nerwowo dookoła siebie. Powoli zaczęły mi się wysuwać kły. Patrzyłam na niego z pogardą i wściekłością.
- Oj Megan, Megan...chyba nie wiesz z kim zadarłaś, co? - powiedział swoim charakterystycznie niskim głosem mężczyzna.
- Oczywiście, że wiem. Jesteś William, przywódca, mylę się? - pytałam z pogardą w głosie.
-Masz rację. Jestem William, przywódca. Zadzierając ze mną zadzierasz z nami wszystkimi. - mówił nie puszczając Niny. - Więc może będziesz tak miła i oddasz mi księgę.
- Nie. - powiedziałam chłodno
- Nie? Więc wolisz żeby twoi przyjaciele cierpieli z twojej winy? - pytał złowrogo.
Patrzyłam na niego z wściekłością, nie miałam gdzie uciec, jego ludzie byli pewnie w pobliżu. Nagle Nina wybuchnęła przeraźliwym krzykiem. Obróciłam się w jej stronę, brunetka skulona i wycieńczona leżała na zimnej posadce. Z mroku wyłoniła się druga osoba. Była to tym razem kobieta, wysoka blondynka. Włosy miała upięte w wysoką kitkę, a na jej twarzy widniał szyderczy uśmiech. Znałam ją, znalazłam ją gdy potrzebowałam pomocy z pewnym zaklęciem. Była czarownicą, ale co ona tu robiła?!
- Brooke? - zapytałam zdziwiona.
- Nie. - powiedziała z wrednym uśmieszkiem okrążając Ninę, przy czym zadając jej ból każdym spojrzeniem.
Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam na blondynkę.
- Kim ty jesteś? - pytałam rozwścieczona dziewczyny.
- Ty nie wiesz....Jak możesz mnie nie pamiętać! Muszę skarcić swoje dzieci za to, że o mnie nie wspomniały. To niedorzeczne!  - mówiła z pogardą.
- Esther. - szepnęłam przerażona. Kobieta uśmiechnęła się słodko. - Jak to możliwe, przecież jesteś martwa!
- To prawda, jestem martwa, ale jestem także bardzo potężną czarownicą. Udało mi się dojść do Brooke i zabrać jej ciało. Mimo, że do swojego ciała nie mogę wrócić teraz, nie znaczy, że w ogóle nie wrócę.
- Więc...Skoro już wiesz z kim masz do czynienia, oddaj księgę. - powiedział mężczyzna akcentując ostatnie dwa słowa.
- Nie mam jej. - powiedziałam również akcentując całe wyrażenie.
- Nie masz?! -zapytał z nerwowym uśmiechem. - sam widziałam ją w twoich rękach jak uciekałaś z mojego domu!!
- Miałam ją, ale straciłam! - powiedziałam głośnie.
- ODDAJ MI JĄ!!!!! - krzyknął.
Przeszedł przeze mnie dreszcz. Nie wiedziałam co robić, przecież on mi nie uwierzy. Nie mogę dać mu się złamać. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Nie. - odpowiedziałam z powagą.
- Zła odpowiedź. - odpowiedział chłodno.
William podszedł do dziewczyny i bez skrupułów wyrwał jej serce.Coś we mnie pękło. Łzy zeszkliły mi oczy.  Czarownica zaczęła mruczeć jakieś zaklęcie, po chwili cały dom zaczął się palić. Wszystkie uczucia wróciły ze zdwojoną siłą.
- Nina!!!!!!! - krzyknęłam przez łzy. - NIE !!!
Mężczyzna zaśmiał się szyderczo. Byłam wściekła, ale też pełna bólu i rozpaczy. Jedyne czego chciałam to go dorwać. Buzowała we mnie chęć zemsty. Wysunęłam kły i pobiegłam w stronę mężczyzny. Nagle ktoś złapał mnie od tyłu uniemożliwiając tym atak.
- Zostaw mnie! - syknęłam.
- Megan nie rób tego! To właśnie to czego on chcę! - mówił jakiś chłopak.
- Puść mnie Isaac! On zabił Ninę! - krzyczałam przez łzy.
Czując, że chłopak ani myślał o tym żeby mnie puścić Obróciłam się w jego stronę i mocno się w niego wtuliłam. Zapłakana schowałam się w jego ramionach. Isaac mocno mnie przytulił i delikatnie głaskał po włosach. Otworzyłam zmęczone od płaczu oczy. Ciało Niny bezwładnie leżało na podłodze, Esther uśmiechnęła się wrednie i razem z Willem zniknęła.


Koniec retrospekcji.


Otworzyłam oczy i szybko wyszłam spod prysznica. Nieposłuszna łza zakręciła mi się w oku. Szybko ją otarłam i założyłam na siebie to co miałam wcześniej. Nie powinnam tego rozpamiętywać. Tego co się stało nie zmienię. Williama już nie ma. Rozczesałam włosy, pomalowałam się i cichutko wyszłam z łazienki. Damon nadal spał. Jeny, jak słodko wygląda kiedy śpi. Westchnęłam i w wampirzym tempie znalazłam się przed domem Salvatorów. Rozejrzałam się dookoła siebie. Już miałam iść gdy ktoś przygwoździł mnie do auta. Była to moja kochana krewna, Katherine Pierce.
- Megan, nie ładnie jest tak się chować! - syknęła przez zęby
- Ja, chować? Przecież wiesz, że tego nie lubię. Nie dorównam mistrzyni w tym fachu, prawda Kath? - odpowiedziałam z wrednym uśmieszkiem.
Brązowooka uśmiechnęła się złowrogo i mnie puściła.
- Witamy w Mystic Falls! - odpowiedziała i uśmiechnęła się do mnie.
Przytuliłam ją, zamieniłyśmy kilka zdań, a zaraz potem poszłam w stronę willi Mikaelsonów.


piątek, 14 czerwca 2013

Rozdział III

W wampirzym tempie przemierzałam pobliski las. Byłam zła, na Elijahe i na siebie. Domyśla się, więc będzie zadawał dużo niewygodnych pytań. Przeczesałam ręką włosy i oparłam się o jakieś drzewo. Co ja mam teraz zrobić? Złożyłam ręce na klatce piersiowej i wzięłam głęboki wdech. Nagle poczułam za plecami szmer a następnie trzask gałęzi. Przestraszona obróciłam się na pięcie i przygotowałam do ataku. Kolejny trzask, a przed moimi oczami ukazała się niska, zapłakana blondynka. Miała dość obszerną ranę na ramieniu z której lała się krew. Oblizałam wargi, a kły zaczęły mi się wydłużać. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do dziewczyny.
- Coś Ci stało? - zapytałam z wymuszoną troską.
- Ja...jaa...Mój chłopak...on,...mnie..rzucił. - mówiła wylewając potoki łez. - uciekałam przez ten las i potknęłam się... i... skaleczyłam,....ja... nie wiem co mam ze sobą zrobić..
- Ale ja wiem.- powiedziałam ze złowrogim uśmieszkiem, a następnie złapałam ją za ramiona. - Nie będziesz krzyczeć. - zakomunikowałam beznamiętnie.
Wysunęłam kły i już chciałam je wbić w szyję ofiary, ale coś mnie zatrzymało.
- Wiesz co? - powiedziałam i spojrzałam jej głęboko w oczy w wiadomym celu. - Uciekaj, uciekaj jakby zależało od tego twoje życie. Bój się i krzycz, rozumiesz?!
Dziewczyna zdezorientowana pokiwała głową, a zaraz potem na jej twarzy  zaczęło malować się przerażenie, strach i ból. Uśmiechnęłam się złowrogo a ona ominęła mnie i zaczęła uciekać z krzykiem. Westchnęłam, przewróciłam oczami i spojrzałam na zegarek. W wampirzym tempie dogoniłam dziewczyna i wgryzłam się w jej tętnicę. Krzyczała, ale mnie to zbyt nie obeszło. Życiodajny płyn spływał mi po gardle, pierwszy raz od kilku dni nie jestem głodna. Piłam aż ciało dziewczyna bezwładnie opadło na trawę. Oblizałam z lubością wargi, poprawiłam włosy i pobiegłam przed siebie.

***


Stanęłam przed jakimś dużym domem stojącym na uboczu lasu. Zilustrowałam go wzrokiem, wyglądał na bogaty i dziwnie znany. Uśmiechnęłam się i minęłam próg domu. Nie mieszkają tu żadni ludzi, muszę być ostrożna. Korytarzem doszłam do obszernego salony. Przede mną znajdował się potężny kominek w którym wesoło tańczyły płomyki ognia. Dookoła była kilka kanap i foteli oraz innych dodatków. Podeszłam do kominka i uklękłam koło niego. Uwielbiałam patrzeć w ogień, to mnie uspokajało i pozwalało poukładać myśli. Usłyszał puknięcie więc obróciłam się. Przede mną stał wysoki brunet z zabójczo pięknymi, błękitnymi oczami na dodatek był bez koszulki. Zamurowało mnie. Uśmiechnął się łobuzersko, a zaraz potem zaczął zakładać czarną koszulę.
- Damon. - powiedziałam wesoło i podeszłam do mężczyzny.
- Miło Cię znów widzieć Megan. - odpowiedział uśmiechnięty.
- Nie widziałam Cię wczoraj na balu....Gdzie byłeś? - zapytałam siadając na kanapie, chłopak do mnie szybko dołączył.
- Wyszedłem wcześniej, Elenka mnie wkurzyła. - powiedział beznamiętnie
- Katherine była lepsza, co? - zapytałam i wzięłam łyka Burbonu leżącego na stoliku
- Katherine? Nasza Katherine?
- Nie mów mi, że ta ciepła klucha Elena, jest lepsza od Kath. - powiedziałam i zamieniłam z nim porozumiewawcze spojrzenie.
- Tęskniłem za tobą. - powiedział i pogłaskał mnie po policzku.
- Też tęskniłam. - szepnęłam, usiadłam na niego okrakiem i zaczęłam mu rozpinać górne guziki koszuli.
- Powtórka z rozrywki. - zapytał z uśmiechem
- Czemu nie. - szepnęłam uwodzicielsko i pocałowałam go w usta.
Chłopak przyciągnął mnie do siebie i odwzajemnił pocałunek. Zatopiłam rękę w jego włosach, a drugą błądziłam po jego klatce piersiowej. Całowaliśmy się namiętnie, Damon złapał mnie za biodra, podniósł, a następnie przygwoździł do ściany. Chłopak namiętnie całował moje usta, szuję i dekolt.
Przypadkowy obserwator mógł pomyśleć: ' O, zakochani', ale to nigdy nie była miłość. Był to pewien rodzaj pożądania. Tak...pożądanie bardzo dobrze to opisywało. Coś nas do siebie przyciągało, lubiłam to. Damon nie był TYM facetem, nie...Damon nigdy nim nie był. Odwzajemniałam każdy jego pocałunek. Możemy się domyślić co się działo później.

Z punktu widzenia Kola

Siedziałem w Mystic Grillu pijąc Tequille. Co dziwne, było bardzo mało ludzi. Ja, barmani i jakaś brunetka siedząca w rogu baru. Myślałem nad swoim życiem, co by teraz zrobić...? Może gdzieś wyjechać...z kimś... Nigdy się z nikim nie związałem, to znaczy nigdy na więcej niż jedna noc, bo kobiety kończyły z rozszarpanymi gardłami. Lubiłem to, ale robiło się to trochę nudne. Czasami jednak tego potrzebowałem. Zrobiłem się głodny od tego myślenia, więc wstałem i rozejrzałem się dookoła. Brunetka siedziała koło stołu do bilarda. Świetnie. - pomyślałem i poszedłem w stronę mojej ofiary. Podszedłem do stołu, wziąłem kij bilardowy i postanowiłem się przedstawić i takie inne duperele zanim ją zabiję.
- Jestem Kol, zagrasz? - zapytałem i uśmiechnąłem się w znany ( i ubóstwiany) sposób.
Dziewczyna przegryzła kęs swojej sałatki i spojrzała na mnie. Jej czarne, lekko falowane włosy opadały kaskadą na ramiona, a w jej oczy można było wpatrywać się godzinami. Jasna cara i lekki makijaż świetnie się prezentowały. Nie trzeba było nic mówić, była piękna. Aughh, muszę się ogarnąć i kogoś zabić. - pomyślałem szybko.

- Joy i nie, dzięki.- powiedziała szybko dziewczyna
- No dalej, nie daj się prosić.- powiedziałem, usiadłem koło niej i zrobiłem minę smutnego szczeniaczka.
- Przykro mi, ale moja odpowiedz nadal brzmi nie. - powtórzyła
- Stanowcza, lubię takie. Szkoda, że nie chcesz się zabawić przed nieuniknionym, ale... - westchnąłem i skierowałem jej twarz w stronę mojej. - Nie będziesz krzyczała.
Dziewczyna potaknęła, szkoda jej, fajna, ale mus to mus. Wysunąłem kły i już chciałem się jej wbić w tętnicę, ale Joy mnie powstrzymała przygważdżając do ściany.
- Uważaj z kim zadzierasz Kol. - szepnęła groźnie i wbiła mi kołek z brzuch.
Syknąłem, zręcznie wyjąłem kołek i wbiłam swoją rękę w jej klatkę piersiową. Dziewczyna zaczęła się dusić i rozpaczliwie czerpać powietrze. Złapała mnie za ramię, a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Kol, proszę! - prosiła rozpaczliwie
Spojrzałem na nią, naprawdę się bała, było w niej coś....nie wiem co...coś innego. Szczególnego. Patrzyła na mnie z litością, a łzy szkliły jej oczy. Wyjąłem rękę i odsunąłem się trochę.
- Dzięki. - szepnęła, a zaraz potem rozpłynęła się w powietrzu. Nie pobiegła w wampirzym tempie, ona się ROZPŁYNĘŁA.
Rozejrzałem się dookoła siebie.
- Co się dzieję do cholery! - krzyknąłem
_______________________________________________________________________________
Macie długo oczekiwany 3 rozdział ;3 Postarałam się i jest dłuższy niż inne. Ten rozdział dedykuję Szklance Mleka z http://tvd-tylko-moj-swiat.blogspot.com/ <-- wpadajcie tam i komentujcie, zajebiste opowiadanie <3


czwartek, 30 maja 2013

Rozdział II część 2.

Obudziłam się z bólem głowy. Powoli wstałam i rozejrzałam się po pokoju. O ile mnie wzrok nie mylił byłam w sypialni Elijah'y. Syknęłam i złapałam się za gardło. Byłam strasznie głodna. W wampirzym tempie wybiegłam z pokoju i skierowałam się w stronę drzwi. Kiedy je otworzyłam, światło słoneczne wpadło do pomieszczenia, a ja zaczęłam się palić. Krzyknęłam i pobiegłam w głąb domu. Próbowałam uspokoić oddech, niestety nic z tego. Gardło i skóra niewyobrażalnie mnie bolały. Spojrzałam na mój pierścień chroniący przed słońcem. Dlaczego nie działał? Co się dzieję, do cholery?! Nie mogłam wrócić do pokoju, bo drogę zagradzał mi snop światła. Byłam coraz słabsza, spróbowałam wstać, ale piekący ból mi to uniemożliwił. Nagle zobaczyłam przed sobą jakąś sylwetkę.
- Meg? - zapytał przerażony brunet
- Kol... - syknęłam i wpadłam mu w ramiona.
- Hej, mała? Co się dzieję? - zapytał, a widząc mój stan, nadgryzł swój nadgarstek i podał go mi. - Dalej, pij.
Nie chciałam tego, ale pragnienie było za silne. Spojrzałam na niego słaba, a on tylko potaknął. Złapałam jego rękę i wgryzłam się w nadgarstek. Życiodajny płyn spływał mi po gardle, a ja czułam przypływ energii. Piłam łapczywie i zachłannie, chłopak tylko głaskał mnie po głowie. Po chwili odsunęłam się od chłopaka i go przytuliłam, on zdziwiony odwzajemnił gest.
- Dziękuję. - szepnęłam z ulgą.
- Nie ma sprawy księżniczko. - odpowiedział - Musisz odpocząć, chodź.
Uśmiechnęłam się słabo i z pomocą Kola wstałam z podłogi. Nie byłam już tak wykończona jak wcześniej. Dzięki krwi Kola ból zniknął, mimo, że krew wampira jest mniej odżywcza niż człowieka, dawałam radę. Zaatakowałam łóżko i zamknęłam oczy, chłopak usiadł koło mnie. Nagle przypomniała mi się wczorajsza noc, więc odruchowa złapałam się za szyję. Po ugryzieniu nie było ani śladu, ale Stev ugryzł mnie w szyję, na pewno! Może Klaus dał mi już swoją krew...Postanowiłam popytać.
- Kol..?
-Co? - mruknął
- Czy był tu Klaus? - zapytałam
- Nie, wyjechał wczoraj w czasie balu, jeszcze przed twoim porwaniem. Do teraz nie wrócił. A co? - rzucił
- Nic, nic. - szepnęłam zamyślona.
Miliony myśli kłębiło mi się w głowie. Jak to Klausa tutaj nie było? Jak ja wyzdrowiałam...? Wampiry umierają od ugryzienia wilkołaka...to dlaczego ja żyję?
- A Elijaha? - zapytałam nieśmiało
- Siedział tu z tobą prawie całą noc, a potem pojechał się czegoś dowiedzieć.....O, to on. - powiedział, a do pokoju wparował pierwotny.
- Cześć braciszku. - rzucił Kol, a zaraz potem wyszedł zostawiając mnie z Elijahą samych.
Najstarszy Mikaelson usiadł koło mnie na fotelu. Z jego miny nie mogłam nic wyczytać, przestraszyłam się.
- Elijaha, ja... - zaczęłam
- W co Ty się wplątałaś? - zapytał poważnie.
Przygryzłam dolną wargę, przełknęłam ślinę i spojrzałam przez okno.
- W nic takiego. - szepnęłam
- NIC TAKIEGO?! Nie wiem czy zauważyłam, ale wczoraj torturowały Cię wilkołaki! Gdybyśmy nie zaczęli Cię szukać, najpewniej byłabyś MARTWA. Zdajesz sobie sprawę jak ja się z tym czuję? Jedyna osoba której ufałem w pełni, mnie okłamywała. - krzyczał zły.
- Chcesz znać prawdę?! Dobra, tak torturowały mnie wilkołaki, bo tak się składa, że jakieś 50 lat temu ukradłam księga i zabiłam wielu z nich. Teraz mnie ścigają, bo chcą tego, co im wzięłam. Wiesz dlaczego wam nic nie powiedziałam? Nawet jeśli bym wam powiedziała wcześniej, to i tak by nic nie dało. Nie chcę narażać ludzi na których mi zależy Elijaha. A teraz wybacz, ale jestem głodna, więc jedyne czego chcę to jedzenie. Pa, pa! - wkurzona skończyłam swój monolog, wyjęłam z szafki drugi pierścień na słońce, założyłam go i wyskoczyłam przez okno. Biegłam przed siebie, byle dalej od tej willi.


I jak? ;3
KOMENTUJCIE :D


wtorek, 21 maja 2013

Rozdział 2.

Z punktu widzenia Elijah'y

Po rozmowie z moim bratem, postanowiłem znaleźć Megan. Chciałem z nią porozmawiać, ale niestety w willi jej nie było. Zaniepokojony wyszedłem na dwór i rozejrzałem się dookoła siebie. Martwiłem się. Tylko dlaczego? Meg jest 1000 letnim wampirem, na pewno nic jej nie jest. Jednak jakaś moja część nie mogła się uspokoić. Wziąłem głęboki wdech i postanowiłem do niej zadzwonić. Po kilku sygnałach usłyszałem znajomą melodyjkę. Rozłączyłem się i podszedłem do miejsca w którym usłyszałem dźwięk. Jej telefon leżał na trawniku przy wejściu, ukląkłem i podniosłem telefon. Szybka była pęknięta, moją uwagę przykuła jakaś rzecz niedaleko jej telefonu. Była to roztrzaskana strzykawka, dotknąłem płynu, który się z niej wylewał. Niestety szybko tego pożałowałem. Werbena - syknąłem.
- Elijaha, o co chodzi? - zapytał ktoś za mną.
- O Megan. - powiedziałem szybko do mojego brata
- Meg?! Co się stało? - zapytał zdziwiony Kol
- Ona zniknęła. - odpowiedziałem i wskazałam na telefon i roztrzaskaną strzykawkę.
Brunet patrzył na mnie przerażony.

Z punktu widzenia Megan

Nagle poczułam niewyobrażalny ból, krzyknęłam i otworzyłam oczy. Jakiś idiota wylał na mnie wiadro werbeny.
- Zwariowałeś?! - krzyknęłam
- Nasza śpiąca królewna się wreszcie obudziła!. - powiedział mój oprawca i uśmiechnął się jadowicie.
Powoli rozejrzałam się po pomieszczeniu. Byłam w jakimś lochu, przywiązana do krzesła linami nasączonymi werbeną, które przy najmniejszym ruchu niemiłosiernie paliły mi skórę i żelaznymi łańcuchami.. Spojrzałam prosto w czarne oczy chłopaka i zaśmiałam się. Oczywiście w "nagrodę" wbił mi kołek w brzuch. Syknęłam, a oczy mi się zeszkliły.
- Zachowuj się, teraz to ja decyduję czy będziesz żyć, czy nie.  - powiedział i wbił mi kołek jeszcze raz.
Krzyknęłam, próbowałam się wydostać, ale nic z tego. Przełknęłam ślinę i spuściłam wzrok.
- Nawet nie próbuj. - powiedział beznamiętnie.
- Po co mnie tu trzymasz? - zapytałam przez łzy.
- Przecież wiesz. - syknął i podszedł bliżej mnie. - GDZIE JEST KSIĘGA?! - krzyknął i walnął rękami o oparcia krzesła.
Zaśmiałam się i spojrzałam na niego.
- Nigdy się nie dowiesz. - syknęłam
Wbił mi jeszcze jeden kołek, tym razem nie w brzuch. Wbił mi go w klatkę piersiową tuż koło serca.
- Nie? - syknął i zbliżył się do mnie tak blisko, że dzieliło nas kilka centymetrów.
Jego oczy zmieniły kolor na bursztynowo-żółty, a następnie wgryzł mi się w szyję. Poczułam okropny ból, krzyknęłam. Jad wilkołaka dostał się do mojego ciała. Mężczyzna odsunął się ode mnie, uśmiechnął się wrednie i obrócił się w stronę drzwi. Czułam, że tracę siły, zostało mi mało czasu. Nagle ciało mężczyzny bezwładnie opadło na podłogę, a na jego miejscu stał wysoki brunet w garniturze. Patrzył na mnie przerażony.
- Elijaha. -  uśmiechnęłam się do niego słabo, a zaraz potem straciłam przytomność.
_____________________________________________________________________________
I jak? :3
Sory, że taki krótki.
KOMENTUJCIE :D


sobota, 18 maja 2013

Rozdział I część 2

Jak oznajmiłam, wyszłam z willi i skierowałam się w stronę pobliskiego parku. Wszędzie było zielono, a wiatr przeczesywał mi włosy. Uśmiechnęłam się, Kol miała racje, jakieś 4 metry ode mnie stał wysoki mężczyzna w garniturze.
- Elijaha. -  zawołam i położyłam mu rękę na ramieniu.
Mężczyzna obrócił się na pięcie. Wyglądał na zamyślonego i nieobecnego. Uśmiechnęłam się promiennie. Pierwotny jeszcze chwilę badał mnie wzrokiem, potem odwzajemnił uśmiech.
- Megan. - mruknął i uśmiechnął się w sposób, który uwielbiałam.
Zarzuciłam mu ręce na szyję i wtuliłam się w pierwotnego.
- Tęskniłam - westchnęłam z ulgą.
- Ja też. - odpowiedział i odwzajemnił gest.
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, głównie o tym ci się działo po tym jak ich opuściłam. Ominęłam tę cześć historii, w którą były wplątane wilkołaki, nie chciałam go martwić. Uwielbiałam rozmawiać z Elijahą, czułam, że z nim mogę porozmawiać o wszystkim. Łączyło nas coś więcej niż przyjaźń. Kol, Klaus i Rebeka byli dla mnie jak rodzeństwo, a Elijaha? No właśnie, Elijaha....
- Idziemy? - zapytał
- Oczywiście. - odpowiedziałam wesoło
Poszliśmy razem w stronę willi Mikaelsonów. Gdy weszliśmy do środka, od razu podbiegła do mnie Bekah.
- Przykro mi braciszku, ale muszę porwać Ci dziewczynę. - zawołała i serio mnie porwała.
Weszłyśmy do mojego nowego auta i pojechałyśmy w stronę centrum handlowego.
- Może wyjedziemy z miasta. - zaproponowałam - Mam dość tego, że ktoś co chwila mnie z kimś myli...
- Jasne. Znam świetny sklep za miastem. - odpowiedziała ochoczo.
Chodziłyśmy po sklepach parę dobrych godzin. Na szczęście udało nam się coś wybrać. Rebekah wybrała bardzo ładną, długą zieloną suknie, a ja także długą, czarną suknie bez ramiączek. Korzystając z okazji kupiłam także 3 bluzki, 2 pary jeansów i w tym jedne krótkie, torebkę, 3 pary szpilek i skórzaną kurtkę, a to wszystko dzięki karcie kredytowej Nika, którą mu zwinęłam wychodząc z domu. Bekah też zakupiła dużo nowych rzeczy. Zadowolone wróciłyśmy do auto i pojechałyśmy z powrotem do Mystic Falls.
- Muszę przyznać, że zakupy się udały. - oznajmiłam wesoło.
- Udały, to mało powiedziane. - odpowiedziała rozbawiona.
- Ehh...Tylko jak uświadomić Klausowi, że wydałyśmy połowę kasy z jego karty kredytowej. - mruknęłam
- Nie martw się, na szczęście to nie jedyna jego karta. - rzuciła
Wymieniłam z nią porozumiewawcze spojrzenia i wybuchnęłyśmy śmiechem. Dość szybko wróciłyśmy do miasteczka. Wzięłyśmy wszystkie torby z zakupy i powoli weszłyśmy do willi. W salonie Elijaha zawzięcie rozmawiał o czymś z Klausem. Chłopaki od razu nas zauważyli. Klaus był bliski wybuchnięcia śmiechem, a Elijaha się po prostu śmiał. Spiorunowałam ich spojrzeniem.
- Było by miło gdybyście nam troszeczkę pomogli. - powiedziałam
- Macie 1000 lat, przecież to dla was nic. - odpowiedziała rozbawiony Klaus
- Nie no, dzięki. - powiedziałam przez zęby i zaniosłam torby do pokoju.
Przebrałam się w nowe rzeczy i zeszłam na dół.
- Dużo kupiłyście. - zauważył Kol.
- Skąd miałyście kasę. - zapytał Klaus
- No bo, wiesz...-zaczęłam i przeczesałam włosy ręką. - pozwoliłam sobie pożyć twoją kartę kredytową...
Mężczyznę zamurowało, zaraz potem w wampirzym tempie wstał z kanapy i podszedł do mnie.
- CO?!
- Nie wściekaj się, połowa kasy została. - tłumaczyłam się
Klaus był bliski wyjścia z siebie. Uśmiechnęłam się i szybko pobiegłam z zakupami na górę. Odetchnęłam i swobodnie opadłam na łóżko. Zaśmiałam się i odpłynęłam.

***

- Dalej Meg! - zawołał Kol
- No przecież idę! - odkrzyknęłam
Wyszłam z łazienki owinięta ręcznikiem. Ubrałam się w nowo zakupioną sukienkę, włosy wysoko upięłam, a następnie założyłam wysokie, czarne szpilki. Nagle ktoś wszedł, obróciłam się na pięcie w drzwiach stał wysoki brunet ubrany w garnitur. Uśmiechał się.
- Mogę prosić, panno Pierce? - zapytał
- Oczywiście panie Mikaelson. - odpowiedziałam i podeszła do mężczyzny, a on zaprowadził mnie do schodów.
- Elijah, ja nie powinnam tędy schodzić, ludzie mogliby się troszeczkę zdziwić, przecież sobowtór tu jest. - powiedziałam z powagą.
- Nie wierzę, że się tym przejmujesz. - powiedział ktoś za mną, był wyraźnie rozbawiony.
Spojrzałam na Kola i złożyłam ręce na piersi. Zaśmiałam się i razem z Elijahą zeszłam schodami. Na dole było mnóstwo ludzi, byli zdezorientowani, rozbawieni i poddenerwowani. Uśmiechnęłam się promiennie i podeszłam do barku. Oparłam się o stolik,  w ręce trzymałam kieliszek z winem. Nagle zobaczyłam, że do willi wchodzi wysoka brunetka w pięknej długiej sukni. Cholera, ona wyglądała jak JA! Przełknęłam ślinę, więc to prawda jest tu sobowtór. Będzie ciekawie. - pomyślałam i uśmiechnęłam się złowrogo. Dopiłam zawartość mojego kieliszka i powoli podeszłam do sobowtóra.
- Hej, jak masz na imię? - zapytałam wesoło.
Dziewczynę zamurowało, przerażona ilustrowała mnie wzrokiem. Obok owej dziewczyny stał wysoki brunet z zielonymi oczami.
- E....Elena. - wyjąkała
- Idźmy gdzieś, jesteśmy na widoku. - szepnął Stefan.
Uśmiechnęłam się wesoło i zaprowadziłam ich do pobliskiego pokoju. Podeszłam do barku, wyjęłam butelkę whisky i napiłam się. Z lubością oblizałam wargi, a następnie zwróciłam się do moich gości.
- Elena Gilbert. - powiedziałam akcentując oby dwa słowa. - Sobowtór Katherine, prawda? Prowadzisz się z braćmi Salvatore. Ciekawe....to mi wygląda na powtórkę z rozrywki.
Zaśmiałam się i odłożyłam butelkę. Nagle ktoś przygwoździł mnie do ściany.
- Czego chcesz?! - syknął rozwścieczony Stefan.
Uśmiechnęłam się złowrogo i zręcznie skręciłam mu kark. Elena stała w osłupieniu. Poprawiłam sukienkę i dokończyłam whisky.
- Miło było. - rzuciłam beznamiętnie i wyszłam z willi.
Na dworze było chłodno, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Uśmiechnęłam się i postanowiłam wrócić na bal. Nagle ktoś mnie złapał od tyłu i wbił mi strzykawkę w ramię. Poczułam okropny ból. Werbena - pomyślałam, a zaraz potem film mi się urwał.