Co myślicie o opowiadaniu?

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział VIII

Z punktu widzenia Megan.

Obudził mnie jakieś trzask, niechętnie otworzyłam oczy i rozprostowałam ręce i nogi. Wypuściłam całe powietrze z płuc i spojrzałam na siedzącego koło Elijah'e. Był wyraźnie rozbawiony.
- Co Cię tak śmieszy? - zapytałam zdezorientowana i szybko poprawiłam włosy.
- Nic... Po prostu zabawnie przed chwilą wyglądałaś. - swoją wypowiedź skwitował szerokim uśmiechem.
Uśmiechnęłam się krótko i spojrzałam przez małe okienko w samolocie. Już niedługo mieliśmy wylądować na lotnisku w Anglii. Wiele myśli przelatywało przez moją głowę. Co zastane na miejscu mojego dawnego domu? Czy dam radę skonfrontować się ze wspomnieniami z przeszłości? Wzięłam głęboki wdech i razem z Elijah'ą wyszliśmy z samolotu. Wiatr przeczesał mi włosy, a słońce paraliżowało wzrok. Wzięliśmy swoje bagaże i zatrzymaliśmy pierwszą lepszą taksówkę. Założyłam nogę na nogę i wyjrzałam przez okno. Słońce leniwie wyglądało przez korony drzew, a ludzie wesoło przechadzali się po mieście. Od razu przypomniał mi się jeden dzień spędzony razem z Joy, Ben'em i Isaac'iem.

Trójka przyjaciół wesoło spędzała czas w jednym z pobliskich parków. Przystojny brunet przytulał do siebie wysoką brunetkę, ich ręce były splecione, a oni uśmiechali się szeroko. Średniego wzrostu, długowłosy blondyn leżał na bruku, a na jego twarzy widniał grymas zadowolenia. Nagle podbiegła do nich szczupła brunetka, trzymając w ręce skrawek pergaminu, na jej twarzy widniały rumieńce. Wszyscy zwrócili się w jej stronę. Dziewczyna usiadła naprzeciw przyjaciół i położyła przed nimi list. 
- Nina napisała. - pisnęła podekscytowana i przeczesała włosy ręką. 
Chłopak przytulający do siebie pannę Pierce nagle się ożywił i podniósł skrawek pergaminu. Uśmiech od razu zawitał na jego twarzy. Reszta przyjaciół patrzyła na niego pytająco.
- Jest w Francji. Pisze, że świetnie się bawi i tęskni za nami. Smutno jej, że nie jesteśmy z nią. - swoją wypowiedź podsumował krótkim uśmiechem.
- Wszyscy za nią tęsknimy. - westchnęła wampirzyca i przytuliła się do bruneta.


- Wszystko w porządku? - zapytał Elijah i spojrzał na mnie współczująco.
- Jak najlepszym. - odparłam po chwili i uśmiechnęłam się do niego.

***

- Jesteś pewna, że to gdzieś tutaj?
Potknęłam i dalej szłam przez ciemny las. Brunet rozejrzał się dookoła siebie i wziął głęboki wdech. Tak naprawdę nie byłam w 100% pewna gdzie iść, miałam przeczucie, że idę w dobrą stronę. Od tylu lat starałam się zapomnieć, że nie jestem pewna czy droga nie jest wyimaginowana przeze mnie. Bałam się tego co może się stać gdy znów ujrzę ten dom. Pamiętałam tylko śmierć Niny. Szybko otarłam jedną, nieposłuszną łzę spływającą po moim policzku. Stanęłam na chwilę,  wzięłam głęboki wdech i wyszłam z lasu. Ku moim oczom ukazał się duży dom, a raczej jego resztki. Okna były zabite deskami, piętro było doszczętnie zniszczone, a zamiast drzwi widniała tylko wielka dziura. Zamiast pięknego zadbanego ogrodu, dom okrążały wysokie drzewa i krzaki. Stara furka skrzypiała za każdym mocniejszym podmuchem wiatru. Zamknęłam na chwilę oczy i wypuściłam całe powietrze z płuc. Poczułam jak ktoś kładzie rękę na moim ramieniu. Otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się smutno.
- Nic mi nie będzie. - szepnęłam i pewnym krokiem weszłam do środka.
Powoli przeszłam przez dziurę, która kiedyś była uznawana za drzwi. Rozejrzałam się dookoła siebie. Wszystko było doszczętnie spalane. Po majestatycznych schodach zajmujących połowę pomieszczenia nie było ani śladu. Liliowa tapeta ozdabiająca cały parter zmieniła się w proch. Wszystkie kanapy, stoliki, wszelkie ozdoby zniknęły. Nie było tu nic, co mogło by chociaż zarysować piękno tego miejsca. Zaczęłam szybciej oddychać, niezliczenie wiele myśli przepływało przez moją głowę. W ostateczności wszystkie wspomnienia wróciły. Wszystkie uśmiechy, smutki, złości i radość. Nagle przed moimi oczami oczami pojawiła się pewna postać. Wzięłam głęboki wdech, a zaraz potem zasłoniłam twarz tłumiąc krzyk. Wprost przede mną stała wysoka brunetka. Wyglądała przerażająco. Jej włosy były posklejane krwią, twarz była wycieńczona i cała we krwi. Lewa część ciała dziewczyny była spalona. Brunetka przekręciła jakby od niechcenia głową i spojrzała na mnie mściwym wzrokiem. Powoli zaczęłam się cofać, aż walnęłam o ścianę.
- Zabiłaś mnie. - syknęła i wybuchnęła histerycznym śmiechem.
Pokręciłam głową i zaczęłam niemiarowo oddychać.
- Jak mogłaś?! Byłyśmy przyjaciółkami, a ty pozwoliłaś mi SPŁONĄĆ!  - wrzasnęła i przygwoździła mnie do ściany.
- Nie.. - szepnęłam, a łzy zaczęły spływać po moich policzkach.
Dziewczyna ścisnęła mnie mocniej i podniosła.
- Teraz mi za to zapłacisz! - syknęła przez zęby.
Próbowałam się uwolnić, ale czy był w tym sens? Może Nina miała racje i powinnam zginąć, zapłacić za całe zło jakie wyrządziłam. Może to właśnie to na co zasługuję... na śmierć. Zamknęłam posłusznie oczy i czekałam na koniec. - Megan. Imię rozbrzmiało w mojej głowie. Otworzyłam lekko zmęczone oczy, poznałam tego, który do mnie mówił. Elijah...
- Megan! To nie jest prawdziwe. Niny tu nie ma! To się dzieję tylko w twojej głowie. Możesz się od tego uwolnić. Nie poddawaj się! - krzyczał patrząc wprost w moje oczy.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam prosto w jej oczy. Nie było w nich już takiego płomyka nadziei, były puste i zimne. Złapałam jej rękę, którą trzymała mnie za gardło i wzięłam głęboki wdech. Ciebie tu nie ma. Dziewczyna uśmiechnęła się mściwie i zachichotała.
- Słabiutka jesteś. - szepnęła i ścisnęła mnie jeszcze mocniej.
Powoli traciłam możliwość oddychania. Kręciła mi się w głowie, wszystko widziałam jakby przez mgłę. Megan, nie poddawaj się! Słowa rozbrzmiewały w mojej głowie. Spróbowałam uspokoić oddech. Kiedy mi się udało, otworzyłam oczy i z impetem odepchnęłam ją od siebie. Brunetka walnęła ciałem o posadzkę jakieś 2 metry ode mnie. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do niej, dziewczyna patrzyła na mnie zdezorientowana.
- Nie jesteś prawdziwa  i tym bardziej nie jesteś Niną! - wrzasnęłam. - Nie jestem słaba i z łatwością mogę się ciebie pozbyć.
Dziewczyna patrzyła na mnie przerażona, a zaraz potem przeraźliwie krzyknęła i zniknęła. Odetchnęłam z ulgą i odwróciłam się na pięcie w stronę Elijah'y. Nagle zakręciło mi się w głowie i straciłam grunt pod nogami. Ktoś uchronił mnie przed upadkiem i wziął na ręce.
- Już dobrze, mam Cię. - szeptał Elijah przytulając mnie do siebie.
Pokiwałam lekko głową, a zaraz potem w wampirzym tempie opuściliśmy to miejsce.

Z punktu widzenia Joy.

Po kilku godzinnej jeździe autem, wreszcie mogła położyć się na mięciutkim łóżku w pokoju hotelowym. Pomieszczenia nie była za duże, ale za to przytulne. Na środku znajdowała się skórzana kanapa, a za nią duża drewniana szafa. Naprzeciw drzwi do mojego pokoju znajdowała się kuchnia. Całość była utrzymywana w jasnych kolorach, oczywiście pokój był pełen okien. Razem z Kolem postanowiliśmy, że on będzie spał na kanapie. Był to jeden z niewielu dialogów jakie przeprowadziliśmy. Byłam bardzo niepewna naszej współpracy. Nie znamy się dobrze, to tego przy naszych spotkaniach bliżej mu było do zabić mnie niż do pogadania. Przecież Cię nie zabił. Szeptał pewien głos w mojej głowie. No własnie, nie zabił. Może porozmawiać z nim? Po tym jak mnie uratował patrzyłam na niego inaczej, ciut inaczej. Muszę się przekonać, ze mogę mu zaufać. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z mojego pokoju, brunet siedział na kanapie czytając jakąś książkę. Chwilę przypatrywałam się jak czyta, jednak po chwili usiadłam koło niego i założyłam nogę na nogę. Chłopak niechętnie odłożył książkę i spojrzał na mnie.
- Więc... Co zamierzamy robić?
- Nie wiem co Ty chcesz robić, ale ja muszę się napić. - oznajmił, wstał i wyszedł, bez słów wyjaśnienia.
- Świetnie. - mruknęłam i podeszłam do plecaka leżącego na blacie.
Wyjęłam z niego pierwszą lepszą rzecz, okazało się, że to mapa Rio. Rozłożyłam go przed sobą i przyjrzałam się dokładnie, najbliższe górzyste tereny znajdowały się kilkadziesiąt kilometrów stąd. Następnie włączyłam laptopa, którego również znalazłam w torbie Kola. Postanowiłam poszukać coś o tutejszych niewyjaśnionych śmierciach. Po 30 minutach poszukiwań, udało mi się znaleźć coś ciekawego. Podobno po tutejszym lesie grasują niebezpieczne zwierzęta, dlatego wstęp tam jest wzbroniony. Zginęła tam pewna duża rodzina. Las jest uznawany za przeklęty.
- Serio? Na nic lepszego nie było ich stać? -westchnęłam, zamknęłam laptopa i wyszłam.
Musiałam jak najszybciej znaleźć Kola i zacząć szukać. Nocą miasto tętniło życiem, wiele młodych ludzi śmiało się i wesoło spędzało czas. Szum morza uspokajał mnie, a lekki podmuch wprawiał w ruch kosmyki moich włosów. Uwielbiałam to uczucie, uczucie wolności... Jak postanowiłam skierowałam się w stronę pobliskiego baru. Musiałam go znaleźć. Trudno było przedostać się przez tłum przechodniów, ale po kilku minutach udało mi się dostać do baru.
- Kol! - krzyknęłam.
Mój głos był ledwo słyszalny pośród tłumu gadających i tańczących nastolatków. Westchnęłam i zobaczywszy bar wpadłam na pewien pomysł. Skupiłam się i po chwili zmaterializowałam się w miejscu, o którym pomyślałam. Szczęśliwa rozejrzałam się dookoła siebie. Poszukiwania nie zajęły mi dużo czasu. Od razu go zauważyłam, wysoki brunet siedział na stołku barowym pijąc alkohol. Westchnęłam z ulgą i podeszłam do niego. Chłopak odwrócił się w moją stronę i uniósł kieliszek ku górze.
- Dołączysz do mnie na drinka, kochanie - zapytał i wypił zawartość szklanki.
Westchnęłam, przewróciłam oczami i podeszłam do niego.
- Nie. - Kol prychnął i zwrócił się do barmana po kolejną butelkę trunku. - Musimy iść!
- Ja nic nie muszę. - zakomunikował i zaczął pić whisky. Spojrzałam na niego błagalnie. - Zostaję, założyłem się.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Założyłem się z barmanem, że wypiję wszystko co tu mają. - powiedział dumny i wskazał na półki, na których szerzył się alkohol.
Po chwili barman podszedł do Pierwotnego i wręczył mu kolejną butelkę. Spojrzałam na zegarek, musieliśmy się stąd zmywać.
- Kol, naprawdę musimy iść! - pisnęłam.
- Przekonaj mnie. - szepnął z łobuzerskim uśmieszkiem.
- Kol, proszę. - powiedziałam cicho, patrząc mu prosto w oczy.
Chłopak westchnął pogardliwie i odłożył butelkę na bar.
- Nie umiesz się bawić. - syknął i wstał.
Chłopak od razu złapał się za stół. Był tak pijany, że chodzenie przychodziło mu z wielkim trudem. Westchnęłam z politowaniem i spojrzałam na niego. Na twarzy bruneta błąkał się uśmiech, chwiejnym krokiem podszedł do mnie i objął mnie jedną ręką za szyję. Złapałam tę rękę, którą mnie obejmował, a drugą objęłam go w pasie. Z trudem udało nam się wyjść z baru.
- Rio de Janeiro! Jak tu pięknie, nie uważasz? - zawołał i uniósł ręce ku nieba.
Oczywiście od razu się o coś potknął i upadł. Uniosłam oczy do niebo i uklękłam koło niego. Chłopak pomimo wszelkich starań nie mógł wstać. Westchnęłam i ujęłam rękoma twarz bruneta, który automatycznie spojrzał mi w oczy.
- Musimy iść. Za chwilkę będziemy w hotelu. Kol, proszę. - prosiłam wpatrując się w oczy bruneta.
Chłopak po chwili uśmiechnął się i z moją pomocą wstał.
- Jesteś niesamowita, wiesz? - zawołał i chwiejnym krokiem szedł koło mnie.
- Naprawdę? - zapytałam, patrząc w ciemność przed nami.
- Yhm. Jesteś niesamowita! Niepowtarzalna, jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Wiesz co? Kocham Cię - chłopak skończył swój monolog, a ja zamarłam.
Czy on właśnie powiedział, że mnie kocha? Nie wiedziałam co powiedzieć. Jakaś część mnie mówiła: On na pewno mówi to każdej, tylko po to żeby zaciągnąć ją do łóżka, a potem zostawić. Jednak druga część szeptała: Przecież go lubisz, prawda? Skoro on zaczął to może... Wzięłam głęboki wdech uspakajając bicie mojego serca. Podjęłam decyzję.
- Kol, ja... - zaczęłam i spojrzałam na niego.
Chłopak nucił coś i śmiał się, co chwila obijając się przy tym o ściany budynków. Wypuściłam całe powietrze z płuc, przecież on był pijany jak bela!
- Jesteś pijany. - oznajmiłam podchodząc do chłopaka.
- To nic nie znaczy. Powiem Ci to samo jutro, tylko zapytaj. - odpowiedział i podtrzymując się ściany szedł dalej.
Westchnęłam, wzięłam go za rękę i w wampirzym tempie znaleźliśmy się w naszym pokoju hotelowym. Kol poczłapał w stronę kanapy i zaczął 'walczyć' z kocem. Zaśmiałam się krótko i usiadłam na fotelu.
- Nie chcę tej koszulki, jest brudna! - powiedział ja urażony 10-latek, który dostał coś co mu się nie spodobało.
Przewróciłam oczami, a Kol zdjął koszulkę i rzucił ją na podłogę. Na chwilę zapomniałam jak się oddycha. Idealnie wyrzeźbiony tors i te mięśnie... cudo. Przełknęłam ślinę i podeszłam do szafy w poszukiwaniu innej bluzki. Stanęłam na palcach i zaczęłam 'obmacywać' najwyższą półkę. Cholera, torba była dalej! Przyniosłam sobie jakiś stołek i z jego pomocą udało mi się dosięgnąć torby. Wyjęłam z niej pierwszą lepszą bluzkę. Nagle poczułam czyjeś ręce na biodrach. Odruchowo odskoczyłam w bok ześlizgując się przy tym ze stołka. Przed upadkiem uratował mnie Kol. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie trwało to długo, bo odeszłam od niego i rzuciłam mu t-shirt prosto w twarz. Brunet pośpiesznie założył bluzkę i rzucił się na kanapę. Już chciałam przejść do swojego pokoju, ale usłyszałam jego.
- A buzi na dobranoc? - zapytał z pretensją.
Uniosłam oczy do nieba i podeszłam do niego. Na twarzy chłopaka zawitał uśmiech. Pochyliłam się nad nim, aby pocałować go w policzek. Kol w ostatnim momencie obrócił twarz tak, że mój pocałunek nie spoczął na jego policzku tylko ustach. Trwało to chwilę... chwilę za długo, bo chłopak zdążył odwzajemnić pocałunek. Odskoczyłam od niego jak oparzona i nie za bardzo świadoma tego co się przed chwilą stało, skierowałam się do swojego pokoju.

Z punktu widzenia Caroline.

Po kilku godzinnym locie do Liverpoolu, nareszcie dotarliśmy na miejsce. Czekałam w korytarzu naszego hotelu, aż Klaus załatwi pokój. W czasie podróży nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Byłam przygnębiona sytuacją z Tylerem. Jak tylko wrócę muszę z nim porozmawiać, przecież się kochamy. Czy aby na pewno? - szepnął jakiś głosik w mojej głowie. Czyżby nic się nie zmieniło od jego powrotu? 
-Tylera nie było, ponieważ chciał zerwać tą głupią więź z Klausem, żeby być ze mną. Wszystko się ułoży. - powtarzałam w myślach
Teraz moim zmartwieniem powinno być, jak przeżyję weekend z Pierwotnym.
- Kochana? - blondyn obrócił się w moją stronę z kluczykiem w ręku.
Westchnęłam zrezygnowanie i podążyłam za Klausem. Hotel był naprawdę ogromny, przez tą ilość zakrętów, korytarzy i pięter bardzo łatwo było się zgubić. Pracownicy hotelu nieśli za nami nasze walizki. Ściany na korytarzu był w odcieniu grafitowym, podłoga była całkowicie pokryta jasnym drewnem. Okna spotykaliśmy co kilka kroków. Budynek był bardzo nowoczesny. Nagle o kogoś uderzyłam. Wylądowałabym na podłodze, gdyby Klaus nie złapał mnie za ramię.
- To nasz pokój. - powiedział i uśmiechnął się.
 Szybko się od niego odsunęłam, przekręciłam klucz w zamku i weszłam do środka. Pokój był utrzymywany raczej w jasnych kolorach.  W centrum pomieszczenia znajdował się telewizor plazmowy, kanapa i fotel. W pokoju było dużo różnych dodatków, jak kwiaty, obrazy i różne akcesoria. Nie było tu kuchni, ale po mojej lewej znajdowały się jeszcze dwa pokoje. Weszłam do pierwszego pokoju, okazał się on łazienką. Ściany i podłogi pomieszczenia były w kolorze białym. Przede mną stała wielka wanna, obok toaleta, a obok mnie umywalka, nad którą wisiało ogromne lustro. W łazience można było też zauważyć kawałki metalu, co nadawało nowoczesności temu miejscu. Szybko podeszłam do lustra i się w nim przejrzałam. Moje blond loki opadały kaskadą na ramiona, na twarzy widniał lekki makijaż podkreślający moją urodę. Dziwne, że nic się nie zepsuło po tylu godzinach w samolocie... Co się dziwić, jestem przecież Caroline Forbes. Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam z łazienki. Klausa w salonie nie było, ale zauważyłam, że drzwi od sypialni są otwarte. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka. Jak tylko przekroczyłam próg stanęłam jakby wryta w podłogę. Ten pokój był przepiękny. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nawet nie zwróciłam uwagi na wielkie łóżko zajmujące połowę pomieszczenia, ani na wielkie obrazy i szafki. Największe wrażenie zrobił na mnie widok z balkonu przede mną. Podeszłam trochę bliżej i położyłam obydwie ręce na barierce. Morze lekko uderzało o nadbrzeżne skały, a księżyc odbijał swoje oblicze w tafli morskiej. Oświetlane drapacze chmur i niższe budynki wywierały niesamowite odczucia. Drzewa lekko kołysały się w rytm narzucony przez wiatr. Przez cały czas uśmiech ozdabiał moją twarz. Nie mogłam uwierzyć, że tu jestem. Nagle koło mnie stanął Pierwotny. Otrząsnęłam się, poprawiłam włosy i niechętnie spojrzałam na niego. Na twarzy mężczyzny widniał uśmiech.
- Podoba Ci się tu? - zapytał i wskazał na krajobraz.
Już chciałam odpowiedzieć, że bardzo mi się podoba, ale się powstrzymałam.
- Może być. - odpowiedziałam beznamiętnie.
Spojrzał na mnie nadal się uśmiechając.
- Wiem, że Ci się tu podoba. Widziałem twoją twarz.
Spojrzałam na niego z politowaniem i uniosłam oczy do nieba.
-Pójdę się przejść - oznajmiłam i obróciłam się na pięcie.
Klaus znalazł się przede mną i spojrzał na mnie pytająco.
- Mój limit czasowy przebywania z tobą w jednym pomieszczeniu właśnie się skończył .
Na twarzy blondyna zawitał szeroki uśmiech, a zaraz potem zaczął się śmiać. Wywróciłam oczami i skierowałam się w stronę drzwi.
- Uważaj na siebie. Wolę nie stracić partnera już w pierwszy wieczór. - krzyknął za mną wciąż się śmiejąc
- Nie masz się o co martwić. - odkrzyknęłam i trzasnęłam drzwiami na pożegnanie.
Wzięłam głęboki wdech i pełna pozytywnych myśli, w wampirzym tempie wyszłam z budynku. Miasto w nocy wyglądało tak pięknie. Mogłabym nigdy nie wracać do Mystic Falls...
- O czym ty myślisz Caroline, masz tam przyjaciół i rodzinę! - skarciłam się w myślach.
 Ale tu masz Klausa... - pisnął głosik w mojej głowię. No i co?! Za kilka dni wrócę do Mystic Falls i wszystko będzie tak samo. Pogodzę się z Tylerem, a Klaus będzie dalej tworzył te swoje hybrydy. Żeby sobie udowodnić, że nic do Klausa nie czuję, wyjęłam telefon i wykręciłam numer Tylera. Może uda mi się z nim umówić i pogodzić jak wrócę. Pod osłoną nocy szłam przed siebie, obcasy stukały o chodnik, a włosy lekko powiewały na wietrze. Tyler nie odbierał, rozłączyłam się i włożyłam telefon do kieszeni.
-Może jest zajęty - pomyślałam.
Powinnam już wracać, bo nie znałam za dobrze tego miasta. Nie za bardzo pewna gdzie iść, więc skręciłam w prawo. Znalazłam się w wąskiej, mało oświetlonej uliczce. Byłam w niej tylko ja i jakaś całująca się para. Byłam już w połowie drogi, więc znalazłam się przy nich. Chciałam jak najszybciej znaleźć na oświetlonej ulicy Liverpoolu, niestety do tego było mi jeszcze daleko. Zupełnie przypadkiem spojrzałam na tę dwójkę. Zamarłam. Chłopakiem, który tak namiętnie obściskiwał się z swoją partnerką był Tyler. W jednej chwili moje serce rozpadło się na miliony kawałeczków, a łzy spływały po policzkach. Jak on mógł! Widzę, że szybko znalazł sobie pocieszanie. Złość i chęć zemsty przepełniała całe moje ciało. Zacisnęłam ręce w pięści i wysunęłam kły. Był gotowa rzucić się na niego i oderwać łeb. Nagle stało się coś co mnie powstrzymało. Brunet spojrzał na mnie
- I co teraz? Polecisz do Klausa,? Jesteś żałosna i nie warta niczego. Naprawdę myślałaś, że Cię kocham? Jesteś dla mnie niczym. - Ostatnie zdanie powiedział bardzo wyraźnie i dobitnie, zaraz potem uśmiechnął się łobuzersko i wrócił do całowania dziewczyny. To mnie złamało, nie powstrzymywałam łez. Nie widziałam co zrobić, przez łzy obraz był trochę zamazany. W wampirzym tempie wybiegłam z alejki i rozejrzałam się dookoła siebie. Na szczęście znajdowałam się przed hotelem. Nie zważając na ludzi patrzących na mnie, w wampirzym tempie znalazłam się w naszym pokoju. Usiadłam na kanapie i schowałam twarz w dłoniach. Nie mogłam uwierzyć. Dlaczego on mi to zrobił? Dlaczego?! Co ja mu zrobiłam... Moje ciało co chwila podrygiwało, a łzy spływały po różanych policzkach.
- Caroline, co się stało? - zapytał ktoś cicho.
Poznałam, że to Klaus. Nie chciałam, żeby widział jak płaczę, więc szybko wstałam i skierowałam się w stronę sypialni. Niestety drogę zagrodził mi hybryda. Blondyn podniósł mój podbródek, zmuszając tym, bym spojrzała mu w oczy.
- Caroline... - zaczął
- Nic mi nie jest. - Chciałam, żeby dał mi spokój, ale kto uwierzy dziewczynie, że nic jej nie jest gdy płacze.
- Właśnie widzę. - powiedział spokojnie i otarł mi kciukiem łzy. - Powiedz mi.
- Dobra. - zaczęłam i stanęłam naprzeciw niego. - Poszłam na spacer i nie więdząc gdzie iść weszłam do jakieś uliczki. Zobaczyłam tam Tylera...- łzy zaczęły znowu spływać mi po policzkach. - On całował się z inna dziewczyną. Kiedy mnie zobaczył, to powiedział, że jest nic nie warta, żałosna i jestem dla niego niczym. Potem wrócił do całowania tej dziewczyny. - skończyłam swój monolog, a Klaus patrzył na mnie z współczuciem.
- Czemu to tak boli? - zapytałam. - Czuję się taka pusta, samotna i bezsilna. Nie chcę się tak czuć. Wszystko mi się wali...
Potem rozpłakałam się na dobre, chcąc tego lub nie, podeszłam do Klausa i się w niego wtuliłam. Pierwotny nie protestował, co ciekawe, również mnie przytulił i zaczął głaskać po włosach.
- Nie płacz, kochana. On na to nie zasługuję. - szeptał mi do ucha. - Wszystko będzie dobrze, Tyler już nigdy więcej nie spowoduje, że będziesz płakać.


Potaknęłam, uśmiechnęłam się słabo i poszłam do pokoju spać. Nie miałam na nic siły. Jedyne czego chciałam to spać i nazajutrz nic nie pamiętać. Kochałam go, a on złamał mi serce i to w taki okropny sposób. W tym momencie postanowiłam. On złamał mi serce, więc ja złamie jego. Zabiję go. - pomyślałam i wyłączyłam człowieczeństwo.

Z punktu widzenia Katherine.

Kiedy nareszcie udało nam się dostać do hotelowego pokoju w słonecznej Florydzie, opadłam na łóżko. Podróż z Damonem nie należała do najfajniejszych, ale chociaż się nie nudziłam. Nie miałam pojęcia gdzie jest, więc spojrzałam na zegarek. 16:30.
- Nareszcie coś do jedzenia. - westchnęłam i dźwignęłam się z łóżka.
3..2..1.. Ktoś zapukał do drzwi. Uśmiechnęłam się szeroko i otworzyłam drzwi. Przede mną stała drobna blondynka w hotelowym uniformie. Zmierzyłam ją wzrokiem i wysunęłam kły.
- Mogę w czymś pomóc. - zapytała beznamiętnie i wyjęła notesik.
- Tak, możesz.- powiedział i wgryzłam się jej w szyję.
Życiodajny płyn spływał mi po gardle. Byłam tak głodna, że po kilku sekundach blondynka leżała martwa u moich stóp. Uśmiechnęłam się i z lubością oblizałam wargi. Poprawiłam włosy, a w drzwiach pojawił się Damon.
- Serio? Musiałaś ją zabić?! - pytał wskazując na blondynkę.
Uśmiechnęłam się niewinnie, a chłopak wywrócił oczami. Zachichotałam, a brunet minął mnie w drzwiach. Rozejrzałam się po korytarzu, w moją stronę szedł pewien przerażony chłopak. W wampirzym tempie znalazłam się koło niego i spojrzałam prosto w jego oczy.
-Pozbędziesz się tego ciała. A potem zapomnisz co tu się stało. - szepnęłam, a chłopak w skutek zauroczenia wyminął mnie i robił dokładnie to co chciałam.
Obróciłam się na pięcie i weszłam do naszego pokoju. Brunet studiował jakąś mapę i książki, więc zaciekawiona podeszłam do niego i oparłam się o kant stołu.
- Co robisz? - zapytał i wskazałam na książki.
Chłopak uśmiechnął się krótko i obrócił mapę.
- Nic ciekawego. - odpowiedział zamyślony.
Wywróciłam oczami i wyciągnęłam rękę by przejrzeć jedną z tych książek. Damon złapał mnie za nadgarstek i go wykręcił. Syknęłam z bólu i wyszarpnęłam mu rękę.
- Wciąż jesteś zły za tę blondynę? - zapytałam rozmasowując nadgarstek.
Brunet nic nie odpowiedział.
- Co z tobą?! - zapytała poirytowana i zbliżyłam się do niego. - Kiedy ostatnio kogoś zabiłeś, co? Kiedy piłeś ludzką krew prosto z żyły do ostatniej kropli?
Chłopak zbliżył się do mnie na tyle, że nasze twarze dzieliły milimetry, a oddechy się zmieszały się zamieniając w jeden. Nagle brunet wyminął mnie. Westchnęłam poirytowana, obróciłam się i przygwoździłam go do ściany.
- Co się stało z moim Damonem?  - szepnęłam uwodzicielsko. - Co się stało z chłopakiem  który bez litości potrafił zabić tłum ludzi? Co go zmieniło, a może kto?  Przede mną niczego nie ukryjesz.
Zachichotałam krótko, a Salvatore złapał mnie za ramiona i zmienił naszą pozycję tak, że to teraz ja byłam duszona.
- Niczego nie ukrywam. - warknął i zbliżył swoją twarz do mojej. - Przestań mną manipulować, Katherine. Mamy robotę, czekam na dole.
Brunet puścił mnie i w wampirzym tempie opuścił mieszkanie. Wzięłam głęboki wdech, poprawiłam włosy i podeszłam do lustra. Wyglądałam jak zwykle oszałamiająco. Nagle mój telefon zaczął dzwonić.
- Halo? - zapytałam i wyszłam na balkon.
- Katherine Pierce. Nie wierzę, że wróciłaś. -powiedział ktoś chłodno.
Zdziwiona dalej przysłuchiwałam się słowom mężczyzny.
- Nie pamiętasz mnie? - zapytał, a jego głos zrobił się bardziej tajemniczy i groźny. - Pozwól, że się przypomnę. Sam Peters. Byłem najlepszym przyjacielem Masona, pamiętasz go może?
Zamarłam, ale po chwili się ocknęłam. Ten mały wilczek chyba nie myśli, że będzie mi groził.
- Tak, pamiętam go. Jego śmierć była spektakularna.
- Nie wątpię.  Dzwonię właśnie z tego powodu. Słyszałam, że pojawiłaś się w Hotelu 'Sunrise". Myślę, że możesz mi pomóc.
- Pomóc? - prychnęłam. - Podaj mi jeden powód dlaczego miałabym wam pomóc w czymkolwiek.
- Katherine, Katherine, Katherine... Zapomniałaś gdzie jesteś? To Floryda, żyję tu najwięcej wilkołaków i tak się składa, że przyczyniłaś się do śmierci dwóch z nich. Jeśli  nie zrobisz tego co Ci karze, szybko i boleśnie pożegnasz się z tym światem.
Przełknęłam ślinę i wróciłam do środka.
- Co chcesz, żebym zrobiła?
- Dostarcz mi Damona Salvatore, a będziesz wolna. Domyśl się co Cię czeka, jeśli tego nie zrobisz.
Chwile biłam się z myślami. Muszę zrobić wszystko, żeby przeżyć. Ale wtedy Damon zginie. - pisnął jakiś głos w mojej głowie. Wyjrzałam przez okno, brunet stał przy aucie pijąc krew z woreczka.
- Więc? - zapytał.
Wzięłam głęboki wdech.
- Gdzie chcesz się spotkać?
- Mądra dziewczynka, jest pewien opuszczony dom w pobliskim lesie. Znajdziesz go, bo tak się składa, że twój przyjaciel również go szuka. Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i w wampirzym tempie stanęłam koło Salvatore'a.
- Jedziemy? - zapytałam od niechcenia i spojrzałam lekceważąco na bruneta.
Damon wyrzucił woreczek na tylne siedzenia i wsiadł do środka. Usiadłam ze strony pasażera i jeszcze raz spojrzałam na Salvatore'a. Właśnie wydałam przyjaciela wilkołakom. Przygryzłam dolną wargę... Potem go jakoś uwolnię. Zrobię wszystko by przeżyć. - z tą myślą opuściliśmy parking hotelu 'Sunrise".

Z punktu widzenia Elijah'y.

Siedziałem na fotelu czekając, aż się obudzi. W pokoju było ciemne, żadne promienia światła do niego nie wpadały. Zapalone było jedynie jedno światło nad łóżkiem. Wstałem, a zaraz potem usiadłem na kancie łóżka naprzeciw Megan. Brązowe włosy okalały jej twarz, a klatka piersiowa miarowa podnosiła się i opadała. Dziewczyna była wykończona. Patrzyłem na nią współczująco, a potem położyłem dłoń na jej policzku. Nagle dziewczyna wydała z siebie dźwięk, którego nie potrafiłem zrozumieć. Jej dłoń spoczęła na mojej, a jej usta wykrzywiły się w uśmiechu.
- Elijah. - westchnęła i powoli otworzyła zmęczone oczy.
Uśmiechnąłem się.
- Jestem tu. - odpowiedziałem cicho patrząc się w jej piwne oczy.
Dziewczyna wypuściła całe powietrze z płuc i zmieniła pozycje na siedzącą.
- Jak się czujesz? - zapytałem szybko zabierając rękę.
Dziewczyna na chwile przymknęła oczy. Przypatrywałem się jej uważnie.
- Czuję się... dobrze. Jestem po prostu trochę zdezorientowana i zmęczona. - westchnęła, przeczesała włosy ręką i uśmiechnęła się do mnie.
Odwzajemniłem jej gest, patrząc głęboko w te cudowne piwne oczy. Tylko ona się liczyła, o nikim innym wtedy nie myślałem. Tylko o niej, o tym jak się do mnie uśmiechała, mówiła. O tym jak bardzo byłem szczęśliwy gdy wróciła i mnie przytuliła. Ona była powodem mojego uśmiech. Dzięki niej nie zmieniłem się w krwiożerczego potwora, jakim powinienem być. Dzięki niej miałem nadzieję i byłem szczęśliwy. Nagle oboje stanęliśmy naprzeciw siebie, tak blisko, że nasze oddechy zmieszały się w jeden. Megan położyła swoje dłonie na moim torsie, a ja swoje na jej talii. Słyszałem przyśpieszone bicie jej serca. Tak bardzo pragnąłem ją pocałować. Patrzyliśmy na siebie niepewnie, przechyliłem lekko głowę i schyliłem się. Brunetka przejechała dłońmi po moim torsie zatrzymując je na szyi. Nasze twarze usta milimetry, już mieliśmy złączyć je w pocałunku, gdy zadzwonił telefon. Cała atmosfera tej chwili prysnęła.
- Odbiorę. - szepnęła, odsunęła się ode mnie i zniknęła w drugim pokoju.
Wypuściłem całe powietrze z płuc i na chwile zamknąłem oczy. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Prawie pocałowałem Megan, dziewczyna którą znam od 1000 lat. Mogło się to skończyć tak pięknie... Lepiej, żeby ten, kto dzwonił miał ważny powód. Czy tego właśnie chcesz? - zapytał głosik w mojej głowie. - Jesteście przyjaciółmi od tak dawna, po co to zmieniać.Może ona wcale nie czuję tego co Ty... tak w ogóle co Ty w ogóle czujesz, co? Nie wiem. Chcę, żeby była szczęśliwa... Jest dla mnie ważna... Muszę z nią porozmawiać.
Wziąłem głęboki wdech i wyszedłem z pokoju. To co zastałem, zamurowało mnie. Nigdzie jej nie było, telefon był roztrzaskany, a drzwi szeroko otwarte. Ktoś ją porwał.

_______________________________________________________________________

Na początek, chciałabym BARDZO PRZEPROSIĆ wszystkich za tak długie oczekiwanie. Mam nadzieję, że długością tego rozdziału jakoś to wam zrekompensuję. Niedawno straciłam kogoś bardzo ważnego... i nie potrafiłam się za to zabrać. Jestem jednak zadowolona z tego rozdziału i mam nadzieję, że wam też się spodoba :D
Teraz kilka ogłoszeń :3:
- rozdziały będą się pojawiać co 2 tygodnia, albo częściej.
- mam małe problemy z szablonem, ale powinien się on niedługo pojawić :D
- do końca tego tygodnia postaram się nadrobić wszystkie wasze blogi.
...
To chyba wszystko ;p
Jeszcze raz przepraszam i do napisania ;*